niedziela, 11 lutego 2018

Wymiar sprawiedliwości

Ostatnio mamy w kraju wiele szumu związanego z wprowadzanymi zmianami w resorcie sprawiedliwości przez aktualnie rządzącą partię. Tym zajęła się nawet Unia Europejska strasząc Polskę karami za łamanie praworządności. Nie mnie rozstrzygać, która ze stron ma rację. To sprawa dla prawników i polityków. Natomiast ja w związku z zaistniałą sytuacją, pragnę tylko wyrazić mój osobisty pogląd na temat wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju.

Z prawem i wymiarem sprawiedliwości stykamy się już od Adama i Ewy czyli od samego początku zaistnienia.
1 Moj. 3:22-23
22. I rzekł Pan Bóg: Oto człowiek stał się taki jak my: zna dobro i zło. Byleby tylko nie wyciągnął teraz ręki swej i nie zerwał owocu także z drzewa życia, i nie zjadł, a potem żył na wieki!
23. Odprawił go więc Pan Bóg z ogrodu Eden, aby uprawiał ziemię, z której został wzięty. (BW)
W powyższym cytacie mamy do czynienia z pierwszą karą, jaką człowiek poniósł za niepodporządkowanie się obowiązującemu prawu.

Prawo, to dziedzina (wynalazek) ludzi żyjących z cudzej niewiedzy, czasem z cudzego nieszczęścia. Jest ono przez tych ludzi zwanych prawnikami tak interpretowane, aby ze społeczeństwa wydusić dla siebie, jak największe korzyści. Aby to było możliwe, stanowione prawo jest formułowane w tak zawiły sposób, aby właśnie nikt inny tylko prawnicy je mogli zrozumieć i zależnie od sytuacji odpowiednio interpretować. W takich przypadkach następuje nawet konkurencja pomiędzy samymi prawnikami, kto w tym prawie jest bieglejszy, kto łatwiej potrafi przekonywać.
Przekonać to nie znaczy mieć rację, wystarczy aby przeciwnik uwierzył, albo był zmuszony do uwierzenia, że właśnie tak jest w rzeczywistości, jak mu to zostało przedstawione. Prawnicy to hermetyczny klan ludzi zajmujących się na co dzień prawem.

Drugą kastą żerującą na społeczeństwie są politycy. Oni zasiadając w parlamencie powinni tworzyć prawo służące dobru społeczeństwa i państwa. Ponieważ wiadomo, że każde państwo jest aparatem ucisku, więc nic dziwnego, że w tworzonym przez nich prawie często występują sprzeczności. Ponadto często zdarza się, że tworzone przez polityków prawo tylko pozornie odpowiada potrzebom społeczeństwa lub państwa. W rzeczywistości tworzą oni często takie prawo, które odpowiada tylko ich doraźnym potrzebom. Wykorzystują przy tym prawników, jako ekspertów, a ci przecież też mają własne interesy i w efekcie powstają takie buble, z których normalny człowiek nic nie jest w stanie zrozumieć.

Ustawy pisane są nie tylko językiem niezrozumiałym, ale wręcz językiem bełkotliwym, dlatego nic dziwnego, że nawet prawnicy tkwiący na co dzień w tym bełkocie, nie dają sobie z nim rady. Jako przykład niech posłuży tu cytat z projektu prawa prasowego: „Dziennikarz nie narusza prawa stosując obserwację uczestniczącą jako swego rodzaju eksperyment poznawczy”. Czy to nie bełkot?
Z problemami związanymi ze zrozumieniem prawa i tak zwanej sprawiedliwości spotykano się już w czasach biblijnych. Poniżej przykład.
“Noe, który był rolnikiem, pierwszy założył winnicę. Gdy potem napił się wina, upił się i leżał odkryty w namiocie swoim. A Cham, ojciec Kanaana, zobaczył nagość ojca swego i opowiedział o tym poza namiotem obu braciom swoim”....(Semowi i Jafetowi). ....”A gdy Noe obudził się po upiciu się winem i dowiedział się, co mu uczynił jego najmłodszy syn, rzekł: niech będzie przeklęty Kanaan, niech będzie najniższym sługą braci swoich!”......

Co za dziwne nieporozumienie. Dlaczego Noe nie przeklął swego syna Chama, bo to przecież on widział nagość swego ojca w stanie upojenia winem, ale przeklął jego syna Kanaana, czyli swojego wnuka, który przecież w tym widowisku udziału nie brał. Na czym więc w tym przypadku ma polegać sprawiedliwość i jaką rolę ma spełniać nałożona kara? Zupełnie jak w przysłowiu, „kowal nabroił, a Cygana powiesili”.

To zrozumiałe, że każdy człowiek na „biblijne prawo i sprawiedliwość” ma prawo mieć swój własny punkt widzenia. Z jednej strony mamy przykazanie „nie zabijaj”, z drugiej natomiast mamy na to biblijne przykłady, kiedy ludzie mocno się upodlili, a wiadomo że ludzie już ze swej natury mają do tego skłonności, i ich wizerunek zbyt mocno zaczął się różnić od pierwotnego wizerunku Boga, wtedy Bóg zesłał potop i zniszczył nie tylko całą ludzkość, ale również wszystko, co tylko na Ziemi żyło. W czasie późniejszym, gdy wśród mieszkańców Sodomy i Gomory nastąpiło łamanie prawa, rozwiązłość seksualna i powszechne zepsucie, wtedy Bóg zesłał na nich ogień i oba miasta zniszczył doszczętnie. Inaczej mówiąc Bóg też zabijał, bo taka była wyższa konieczność. Tak mówi o tym Biblia. Dlatego zacytuję ten werset.
Rdz 9:6
„[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”. (BT)

Tymczasem człowiek w swoim zadufaniu, będąc ustawodawcą, jakby chciał powiedzieć, Boże jestem lepszy od ciebie, Ty karzesz śmiercią, a ja tę karę śmierci znoszę. Może to tylko zwykła asekuracja, może ustawodawca przewidując, że jak inni ludzie, jest przecież człowiekiem ułomnym i różne rzeczy mogą się mu w życiu przydarzyć, zabezpiecza się, by sam kiedyś nie został zgładzony. W takim razie narodzie sam tego chciałeś, przecież wybrałeś takich swoich przedstawicieli, jakich chciałeś. Zatem słuszne jest twierdzenie, że masz taką władzę na jaką zasługujesz.

Jeżeli profesor prawa twierdzi, że nie wolno karać śmiercią, bo życie jest najwyższym dobrem człowieka, to chyba nie rozumie co mówi, bo przecież zbrodniarz mordując człowieka, pozbawił go tego najwyższego dobra i za to profesor, jakby w nagrodę chce zbrodniarzowi zapewnić dożywotnie beztroskie utrzymanie w więzieniu na koszt społeczeństwa. (aud. PR I PR 30.01.2001). Tego właśnie społeczeństwa, które w tym samym czasie musi głodować z powodu braku pracy. Miliony bezrobotnych głodują, chyba tylko po to, aby państwo między innymi mogło utrzymać przy życiu zbrodniarza, który zamordował człowieka, a czasem wielokrotnie gwałcił i mordował.
Utrzymuje się przy życiu zbrodniarza, którego miesięczny koszt utrzymania w więzieniu przy zaostrzonym rygorze wynosi nawet do 19 tysięcy zł miesięcznie!, a zwykłego złodziejaszka czy tego, co nie płaci alimentów – 3000zł. Tymczasem emerytowi musi wystarczyć 500 złotych, a niejednemu pracującemu 1000 złotych musi wystarczyć na utrzymanie całej rodziny. To nie jest prawo, to szczyt głupoty wybrańców ludu wyrażony w ustawie.
Stąd ta nasza zagmatwana rzeczywistość. Zbrodniarz mordujący z premedytacją, bywa nawet wypuszczany z więzienia na przepustki. W tym czasie dokonuje dalszych gwałtów i morderstw. Potem odpowiednie służby bawią się w jego poszukiwanie, a cały naród musi pokrywać koszty tej bezmyślności.

Spróbujmy zastanowić się nad takim przykładem. Młody mężczyzna zostaje wcielony do wojska. Służenie ojczyźnie i obrona narodu w razie zagrożenia, do oddania życia włącznie, to jego święty obowiązek, a zarazem zaszczyt. Jest do tego odpowiednio szkolony. Za dobrą służbę w czasie jej trwania może otrzymywać przepustki i urlopy. Na wyżywienie żołnierza ustalana jest określona stawka dzienna.
A teraz inny przykład. Każdy przestępca, który złamał prawo lub będący nawet mordercą, zostaje złapany, osądzony i osadzony w więzieniu. Według tego, co pokazują media, siedzi w celi, ogląda telewizję, może nawet studiować. Też jak żołnierz, za dobre sprawowanie otrzymuje przepustki, podczas których dokonuje dalszych przestępstw. O zgrozo! Odsiaduje karę za przestępstwo i otrzymuje przepustki, tak samo jak żołnierz za dobre sprawowanie. Jak się to wszystko ma do siebie, szczególnie gdy porównamy wojsko z więzieniem i rolę, jaką ma spełniać każda z tych instytucji? Stawkę żywieniową więzień ma czasem nawet wyższą od stawki żołnierza. (Tak przynajmniej podają media). Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem obrońców praw człowieka.

Dlaczego więzień nie pracuje, nie zarabia na pokrycie kosztów jego pobytu w więzieniu, nie zarabia na utrzymanie swojej rodziny, dlaczego nie zarabia na zadośćuczynienie dla ludzi przez niego pokrzywdzonych? Obrońcy istniejącego stanu powiedzą, że nie ma dla więźniów pracy, bo jest w kraju bezrobocie. Wśród innych pokutują jeszcze hasła socjalistyczne, że „pracą nie można nikogo karać, bo praca jest zaszczytem”. To już nic innego, jak tylko szczyt głupoty i hipokryzji. Praca może być jednym i drugim, ale nie każda praca, nie dla wszystkich i nie w każdych warunkach. Są również ludzie, dla których praca jest nawet hańbą. Oni wolą żyć na koszt społeczeństwa.
A może to między innymi dlatego jest bezrobocie, bo takie mamy prawo, takie mamy wychowanie, takie mamy sposoby rządzenia. W takim razie w czasie, gdy jest bezrobocie, kiedy miliony porządnych ludzi nie mogą pracować, aby utrzymać swoje rodziny, to w imię czego podatnicy i całe społeczeństwo musi dodatkowo utrzymywać zbrodniarza osadzonego na dożywocie, którego zresztą po 20 latach zwalniają warunkowo i on po wyjściu dalej robi to samo za co był osadzony.

Czy utrzymywanie zbrodniarza jest ważniejsze od stworzenia warunków do pracy i życia dla porządnych i uczciwych obywateli? Miliony ludzi są w stanie ciągłego stresu w obawie o własne mienie i życie. Ale obrońcy praw człowieka tego nie widzą, oni z uporem bronią złodziei, bandytów i zbrodniarzy, aby się im nie daj Boże nie stała krzywda. Bo jak inaczej można interpretować zniesienie kary śmierci, wyposażanie cel więziennych w telewizory, wydawanie więźniom przepustek, utworzenie w więzieniach izb intymnych spotkań i podobnych udogodnień? Stawiane tutaj pytania są w zasadzie chyba zbyteczne. Wszystko wynika z istniejącego prawa, a prawo mamy takie, na jakie zasługujemy.
Nieletni przestępcy

Istniejący system prawny i wymiar sprawiedliwości mają pośredni wpływ na efekty systemu wychowawczego młodzieży. O tym świadczą fakty. Ostatnio coraz częściej w mediach przewija się zagadnienie tworzących się band podrostków znęcających się nad innymi podrostkami. Ponieważ są niepełnoletni nie można ich zamykać, poza tym więzienia są przepełnione, a w przypadku osadzenia w nich małolatów, oni jeszcze bardziej się zdemoralizują. Jest na to sposób, ale należy zmienić ustawodawstwo wzorując się na Piśmie Świętym.
To zrozumiałe, że każdy człowiek na „biblijne prawo i sprawiedliwość” ma prawo mieć swój własny punkt widzenia. Z jednej strony mamy przykazanie „nie zabijaj”, natomiast z drugiej strony mamy przykład, że Bóg też zabijał, bo taka była wyższa konieczność. Tak mówi o tym Biblia. Dlatego jeszcze raz zacytuję ten werset.
Rdz 9:6
„[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”. (BT)

Zatem zabójstwo powinno być karane śmiercią, jak również recydywiści z najcięższymi przestępstwami, jako nie nadający się do życia w społeczeństwie, też powinni być tak karani. Dla mniejszych przewinień powinna być stosowana odpowiednio ciężka praca, celem pokrycia kosztów utrzymania w więzieniu i utrzymania rodziny. Tymczasem jest ogólnie źle, bo dotychczasowe prawo twierdzi, że nie wolno karać nawet pracą, uzasadniając tym, że praca jest zaszczytem.
Natomiast jeśli chodzi o młodzież znęcającą się fizycznie, to wystarczy zastosować karę dostosowaną do wielkości przewinienia, więc należy ją karać podobnie. Jeśli żadne wcześniej stosowane metody nie pomagają to należy zastosować odpowiednią liczbę batów na gołą dupę. To będzie sprawiedliwe i zgodne nawet z prawem Bożym.

czwartek, 8 lutego 2018

Człowiek - cyniczny hipokryta



Mamy styczeń 2018 roku. Wielki szum nie tylko w Polsce, ale też w całej Europie na temat hodowli zwierząt futerkowych. Wszystko to odbywa się pod wpływem ludzi skupionych w organizacjach obrońców zwierząt. Proponuje się wprowadzenie europejskiej ustawy zabraniającej hodowli i chowu zwierząt futerkowych z przeznaczeniem ich skór do produkcji futer.
W rzeczywistości wszystkie te działania nie są powodowane ochroną zwierząt, a przyświeca im zupełnie co innego. Jest to skutek działania polityki i światowego biznesu, a ci działacze są tylko tego biznesu marionetkami. Polska obecnie w światowej hodowli zwierząt futerkowych, po Danii zajmuje drugie miejsce. Odbiorcami skór z tych zwierząt jest Zachód i Azja.

Proponowany zakaz hodowli można uzasadnić również tym, że futra są ubiorem bogaczy i państwowych złodziei wzbogaconych na wyzysku mas pracujących, więc taka hodowla jest zbyteczna, nie ma społecznego uzasadnienia. Ale takie uzasadnienie jest obecnie nie do zaakceptowania z politycznego punktu widzenia.
W Polsce przygotowują się już do debaty sejmowej na temat zakazu hodowli. W mediach widoczne jest pogrywanie na uczuciach w rodzaju „zwierzęta błagają o litość”, a to nabiera już zupełnie innego znaczenia. A jakiego, łatwo się domyślić. Skoro musimy podporządkować się unijnym dyrektywom, to przynajmniej wykorzystajmy to z pożytkiem dla własnych interesów na przyszłość.

Przez setki lat ludzie ubierali się w kożuchy i futra i nikomu nawet nie przychodziło na myśl zakazywanie stosowania takiego ubioru. Co się stało, że tak nagle znaleźli się ludzie, którym wydaje się, że przez taki zakaz, oni staną się rzeczywistymi obrońcami zwierząt? Dlaczego nie występują z propozycją zaprzestania hodowli owiec? Przecież z ich skór też szyte są kożuchy. W podobnej sytuacji są świnie, z tą tylko różnicą, że one są hodowane z przeznaczeniem na mięso. Dlaczego obrońcy ich nie bronią, jak również nie bronią wielu innych zwierząt? A kury to co? Nie są one takie same stworzenia boskie?

Chronić należy zwierzęta przede wszystkim przed cierpieniem, a tych, co ten ból im zadają, należy surowo karać. A ileż to cierpień ludzie często zadają swoim zwierzętom domowym? Czemu ci obrońcy tym problemem tak mało się zajmują?
Największym zagrożeniem dla zwierząt żyjących w stanie dzikim jest kłusownictwo. Zwierzę złowione za pomocą wnyka obojętne jakiego typu i rodzaju, przysparza zwierzęciu ogromnych cierpień z powodu bólu, a jeżeli we wnyku pozostaje ono przez dłuższy czas, to w końcu ginie z głodu. Kłusownictwo powinno być ustawowo zabronione, a kłusownicy powinni ponosić wysokie kary. Jeżeli obrońcy zwierząt rzeczywiście chcą bronić zwierzęta, to niech pilnują, aby w czasie ich hodowli nie działa się im krzywda. Poza tym do ich dyspozycji są tysiące bezdomnych kotów i psów, tych najbliższych przyjaciół człowieka. Przecież to jest światowy problem. Kto i w jaki sposób ten światowy problem rozwiąże?

piątek, 20 października 2017

Aborcja

Jak pamiętam, to problem aborcji był mocno nagłośniony w roku 1996. Wtedy wokół niej rozpętała się burza. Wcześniej uchwalona zbyt represyjna ustawa została znowelizowana na mniej represyjną i z tego powodu powstała wielka wrzawa. Przeciwnicy znowelizowanej ustawy urządzali pochody protestacyjne pod sejmem, a kler rzucał gromy na posłów wyzywając ich od morderców dzieci nienarodzonych.
Problem aborcji z różnym natężeniem trwa w dalszym ciągu. Zagadnienie biologiczne wykorzystywane jest do celów politycznych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo odbywa się to wszystko w myśl zasady - „cel uświęca środki”. To jest przyczyną, że problem stał się trudny do rozwiązania, a tym bardziej utrudniony przez powoływanie się na piąte przykazanie. Zwolennicy tego sposobu myślenia powinni raczej dokładniej zapoznać się z Pismem Świętym. Ponadto wszyscy pozostali powinni zastanowić się nie tylko nad teraźniejszością, ale również nad przyszłością narodu.

Wiadomo jest, że celem narodu (ujmując skrótowo) jest między innymi jego pomyślny rozwój. Społeczeństwo powinno wydawać potomstwo zdrowe tak na ciele, jak i na umyśle. Dlatego wszelkie działania powinny być oparte na określonych zasadach, które odnośnie aborcji, powinny wyglądać następująco:
Aborcja winna być dozwolona wyłącznie w dwóch przypadkach.
1. Wadliwy płód
2. Ciąża zagrażająca życiu lub zdrowiu osoby ciężarnej
Zezwolenie na aborcję powinna wydawać komisja złożona z lekarzy specjalistów.
Poza tymi dwoma przypadkami powinien obowiązywać absolutny zakaz przerywania ciąży. Osoby poddające się nielegalnej aborcji, jak również osoby ją przeprowadzające, powinny ponosić wysokie kary pieniężne na rzecz specjalnego funduszu dla Państwowych Domów Dziecka, a lekarze działający nielegalnie w zakresie aborcji powinni być dodatkowo pozbawiani praktyki lekarskiej.

Badania prenatalne muszą być powszechne i obowiązkowe, a ciąże niezależnie czego są wynikiem, miłości czy gwałtu, muszą być donoszone. Urodzone dziecko, jeżeli jest niechciane przez matkę, powinno być przekazane do Państwowego Domu Dziecka lub adoptowane przez rodzinę bezdzietną. Proces adopcji musi być znacznie uproszczony. Natomiast gwałciciele powinni być surowo karani, ale nie więzieniem, tylko pracą przymusową, a wynagrodzenie za tę pracę powinno być przekazywane na specjalny fundusz PDD. Gwałciciele recydywiści powinni być poddawani sterylizacji.

Niezależnie od powyższych uregulowań, należy zlikwidować oszukańczy i złodziejski fundusz emerytalny, który również jest nadmiernie wykorzystywany do celów politycznych. Przy tej okazji wiek emerytalny przestanie być problemem, a rząd przestanie biadolić, że nie nie będzie komu pracować na emerytury coraz większej rzeszy emerytów oraz nie będzie musiał zachęcać rodziny do zwiększania dzietności. O odpowiednią dzietność zatroszczą się sami rodzice, aby na starość, gdy będą niedołężni, było komu zapewnić im utrzymanie i właściwą opiekę. Nie bez znaczenia będzie również i to, że zmniejszy się rzesza administracyjnych darmozjadów.
Jeżeli wymienione powyżej zasady zostaną wprowadzone w życie, to politykom zostanie wytrącony oręż do walki politycznej. Dlatego rodzi się obawa, że nie znajdą one właściwego zrozumienia wśród parlamentarzystów.
Czesław Suchcicki
P.S.
Przedstawiony tekst będzie również przesłany do Kancelarii Sejmu RP z prośbą o przekazanie go Marszałkowi Sejmu. Poczekamy i zobaczymy, jaki będzie tego rezultat.

A rezultat jest zawarty w odcinku otrzymanej odpowiedzi.
….. „Dziękujemy za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Informujemy, że ze swej strony Biuro Komunikacji Społecznej szczegółowo analizuje wszelkie dane zawarte w otrzymywanej korespondencji. W miarę możliwości stanowią one podstawę materiałów informacyjnych przygotowywanych dla organów Sejmu, a także źródło informacji o opiniach i poglądach obywateli, do których mają dostęp wszyscy posłowie.
Sposób wykorzystania tych materiałów w ewentualnych pracach legislacyjnych należy do ich swobodnego uznania”.
Taka odpowiedź mnie satysfakcjonuje.

wtorek, 7 lutego 2017

PROPOZYCJA NOWEGO SYSTEMU EDUKACJI SZKOLNEJ


Założenia wstępne

Należy przyjąć zasadę, że zbędne są dotychczasowe dyskusje na temat wieku dzieci, w którym one powinny rozpoczynać naukę w szkole, bo wiek ten nie zależy arbitralnie od woli rodziców ani od władz szkolnych. Zależy przede wszystkim od psychicznego rozwoju dziecka i być może częściowo od jego rozwoju fizycznego, ale w tym wypadku to dotyczy raczej wyłącznie tych dzieci, które są kandydatami do szkoły specjalnej. O tym jednak powinni decydować specjaliści, jakimi są psycholog i pedagog, a gdy między nimi zaistnieje rozbieżność, to dopiero wtedy ostatnie słowo mogą mieć rodzice, bo to przecież jest ich dziecko i na nich spoczywa największa odpowiedzialność za wychowanie dziecka i przygotowanie go do życia w społeczeństwie.

Zatem o rozpoczynaniu nauki szkolnej przez dzieci nie powinien decydować ich wiek, lecz rozwój umysłowy dziecka i jego dojrzałość psychiczna. Naukę szkolną mogą rozpoczynać dzieci nawet pięcioletnie, jeżeli są do tego dojrzałe. Decydować o tym powinni wspólnie rodzice i odpowiedni specjaliści ze strony szkoły.
Do pierwszej klasy szkoły wstępnej przyjmuje się dzieci w wieku sześciu lat po zakwalifikowaniu ich przez szkolny zespół: psycholog + pedagog. Dzieci, które nie zostaną zakwalifikowane do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie, będą zmuszone rozpocząć naukę w następnym roku w wieku siedmiu lat.

Uzasadnieniem takiego sposobu myślenia jest fakt, że pomiędzy dziećmi urodzonymi w styczniu i tymi urodzonymi w grudniu tego samego roku jest różnica prawie jednego roku, a tym samym pomiędzy tymi dziećmi możliwa jest różnica w ich rozwoju psychicznym. Wprawdzie rocznik ten sam, a rozwój dziecka z wielu powodów może być różny.

Należy skończyć z dotychczasowymi przygotowaniami: przez przedszkola do szkoły podstawowej, przez szkoły podstawowe do szkoły średniej, przez szkoły średnie do szkół wyższych.
Tylko jedno przygotowanie będzie obowiązkowe, a jest nim na każdym etapie kształcenia, przygotowywanie ucznia do życia na poziomie takim, jaki jest przewidziany na danym poziomie kształcenia.
Ponieważ obowiązkiem szkoły jest przygotowanie młodzieży do życia, więc powszechnie powinna być uwzględniona zasada, że każdy młody członek społeczeństwa ma prawo otrzymać od szkoły to, na co zasługuje. Uczniowie wybitnie uzdolnieni powinni mieć zapewnione specjalne warunki kształcenia.
Poziomy edukacji

Na podstawie tego, co przedstawiono w założeniach wstępnych, przyjmuje się zasadę, że całą edukację szkolną w nowym systemie szkolnym dzieli się na następujące trzy czteroletnie etapy:
1 Czteroletnia szkoła wstępna
2 Czteroletnie gimnazjum
3 Czteroletnia szkoła średnia (lub pięcioletnia)

Czteroletnia szkoła wstępna

W klasach od I do IV powinny uczyć nauczycielki najbardziej doświadczone o wysokich kwalifikacjach, a to dlatego, że ten okres rozwoju dziecka tego wymaga. Od tego, jak dziecko w tym czasie zostanie ukształtowane, będzie zależała jego dalsza nauka na wyższych szczeblach edukacji. Poza tym ważna jest w tym czasie również strona wychowawcza dziecka, niekiedy jest ona nawet najważniejsza.

Każdy uczeń w poszczególnych klasach powinien opanować materiał przewidziany programem i to jest wszystko, co od niego może być wymagane. Otrzymując odpowiednie stopnie z każdego przedmiotu, przechodzi do następnej klasy niezależnie od stopnia opanowania materiału. Po ukończeniu IV klasy automatycznie zostaje uczniem czteroletniego gimnazjum. W czasie nauki w szkole wstępnej należy wyszukiwać uczniów wybitnie uzdolnionych i kierować ich do klas wyodrębnionych w niektórych szkołach lub stosować indywidualny tok nauczania.

Czteroletnie gimnazjum

Uczniowie gimnazjum to już nie dzieci, ale młodzież dojrzewająca i dlatego wymagająca zupełnie innego traktowania w szkole. Młodzież w tym wieku, w trudnym wieku dojrzewania wymaga również od rodziców takiego jej traktowania, jak ten przejściowy wiek wymaga.
Uczniowie we wszystkich klasach gimnazjum, podobnie jak w szkole wstępnej, niezależnie od stopnia opanowania programu w danej klasie, otrzymują odpowiednie stopnie z każdego przedmiotu i przechodzą do klasy następnej. W przypadku otrzymania niedostatecznych stopni z opanowania obowiązującego materiału, nie ma obowiązku powtarzania klasy. Po ukończeniu IV klasy gimnazjum obowiązuje egzamin końcowy.
W czasie nauki w gimnazjum, podobnie jak w szkole wstępnej, należy wyszukiwać uczniów wybitnie uzdolnionych i kierować ich do klas wyodrębnionych w niektórych szkołach lub stosować indywidualny tok nauczania. Kształcenie na poziomie gimnazjum kończy się egzaminem końcowym. Jednoczesne uwzględnienie przy tym ocen z poszczególnych przedmiotów otrzymanych po ukończeniu kolejnych klas, pozwala ocenić poziom dotychczasowego wykształcenia i wystawić rekomendację na dalszy rodzaj kształcenia w następujących szkołach:

a) Czteroletnia zasadnicza szkoła zawodowa
b) Czteroletnie liceum ogólnokształcące oraz liceum pięcioletnie dla kierunków z zajęciami praktycznymi
c) Pięcioletnie technikum zawodowe

Czteroletnia zasadnicza szkoła zawodowa

Do branżowych czteroletnich szkół zawodowych przyjmowani są absolwenci gimnazjów, którzy po ich ukończeniu nie otrzymali rekomendacji do innych szkół średnich. Egzamin wstępny do tych szkół nie obowiązuje.
W ramach czteroletniego kształcenia odbywa się kształcenie teoretyczne i praktyczne oraz odbywana jest praktyka zawodowa w określonym zakładzie pracy. Po zakończonym kształceniu obowiązuje egzamin kwalifikacyjny i absolwent otrzymuje świadectwo ukończenia szkoły z podaniem stopnia kwalifikacyjnego w danym zawodzie.
Świadectwo ukończenia szkoły zawodowej nie upoważnia do wstępu na wyższą uczelnię.
Ukończenie szkoły zawodowej kończy edukację szkolną, a podwyższanie zdobytych kwalifikacji będzie możliwe dopiero na różnych kursach dokształcających w systemie wieczorowym lub zaocznym, ale już po podjęciu pracy zawodowej.

Czteroletnie liceum ogólnokształcące oraz pięcioletnie liceum zawodowe z zajęciami praktycznymi

Pomyślne ukończenie nauki w obu typach liceum upoważnia przystąpienie do egzaminu maturalnego. Świadectwo maturalne zapewnia podjęcie kierunkowych studiów na wyższych uczelniach bez egzaminu wstępnego. W przypadku podejmowania innego kierunku studiów - egzamin wstępny obowiązuje.

Pięcioletnie technikum zawodowe

Pomyślne ukończenie nauki w pięcioletnim technikum zawodowym upoważnia przystąpienie do egzaminu maturalnego. Świadectwo maturalne zapewnia podjęcie kierunkowych studiów na wyższych uczelniach bez egzaminu wstępnego. W przypadku podejmowania innego kierunku studiów - egzamin wstępny obowiązuje.

Informacja uzupełniająca

W powyższym układzie przedstawiłem tylko szkielet nowego systemu szkolnego, który wymaga dalszego szczegółowego dopracowania. Należy go jeszcze uzupełnić nowoczesnymi programami i nowoczesnymi metodami nauczania odpowiadającymi potrzebom XXI wieku.
W propozycji nowego systemu szkolnego niczego od nikogo nie zapożyczyłem. Jest to oryginalny projekt oparty na moim, jak już wcześniej wspomniałem, życiowym doświadczeniu, a przeżyłem już 88 lat, więc tego doświadczenia sporo się nazbierało.

W proponowanym systemie edukacji wszelkiego rodzaju egzaminy zostały sprowadzone do minimum. Jakość kształcenia nie powinna opierać się na strachu przed egzaminem, lecz wyłącznie na świadomości ucznia. Każdy egzamin to stres, a jak jest on szkodliwy, to każdy doskonale wie. Poza tym koniec z przygotowywaniem ucznia przez jeden poziom dla poziomu drugiego. Każdy poziom nauczania odpowiada za siebie, za to co potrafił uczniowi przekazać w swoim zakresie. Na ten temat pisałem już wcześniej.

Przedstawiłem moją autorską wersję edukacji szkolnej taką, jak ją sobie wyobrażam, jaka wg mnie powinna mieć zastosowanie praktyczne w naszym szkolnictwie. Ale to nie znaczy, że taka ona będzie w rzeczywistości. O tym, jak zwykle będą decydować władze szkolne, a przede wszystkim zadecydują najwyższe władze w kraju, czyli parlament.

Przesłanie

Zatem młody Człowieku nie myśl, że jesteś pępkiem świata i wszyscy będą wokół ciebie tańczyć i spełniać twoje zachcianki. Ty musisz wiedzieć wcześniej, co jest w twoim interesie i dlatego powinieneś z tego, co ci dają do wykorzystania, wybrać to, co będzie dla ciebie przydatne, a czego będzie ci brakować musisz uzupełnić we własnym zakresie. Musisz tak postępować, aby w przyszłości stać się człowiekiem w pełni przygotowanym do życia. Do życia nie byle jakiego, ale do takiego, jak je sobie wyobrażasz, a ponadto, aby ono dla ciebie było długie, piękne i przyjemne.

W związku z powyższym, uczeń powinien wiedzieć wcześniej, jaki szkoła stawia przed nim cel do osiągnięcia i w jaki sposób ma on do tego celu dochodzić. Dlatego uczeń musi mieć dostęp do programów szkolnych. Ponieważ wiadomo, że nie wszyscy uczniowie są jednakowo uzdolnieni, zdarzają się i tacy, co potrafią opanować materiał w czasie znacznie krótszym niż to przewidziane programem. Dlatego zadaniem szkoły jest wyławianie talentów i stosowanie dla nich indywidualny tok nauczania. Naród potrzebuje ludzi mądrych i wybitnie uzdolnionych, umiejących wprowadzać postęp i dobrobyt nie tylko w kraju, ale nawet na całym świecie.

Nowoczesne programy szkolne powinny być dostosowane do potrzeb XXI wieku. Należy wyeliminować z nich wiedzę przestarzałą i taką, która człowiekowi o określonym poziomie wykształcenia nie będzie w życiu przydatna. Ponadto nie ma sensu narzucać wszystkim jednakowego poziomu we wszystkim, we wszystkich dziedzinach wiedzy. A to dlatego, że jest to zwyczajne marnotrawstwo ludzkich możliwości.
Każdemu uczniowi należy dawać tylko to, na co zasługuje i tylko to i nic więcej. Należy zaprzestać uszczęśliwiać ludzi na siłę, bo to jest marnotrawstwo, jest to tylko strata ponoszona przez ludzkość. Ten kto jest geniuszem w jednej dziedzinie wcale nie musi być takim również w drugiej. Ta zasada musi w każdej szkole obowiązywać. Mówi się, że matematyka uczy logicznego myślenia, dlatego w wielu przypadkach naucza się nawet tego, co przy odpowiednim poziomie wykształcenia nigdy w późniejszym życiu nie będzie wykorzystywane. Wszyscy to znają z własnego doświadczenia. Logiczne myślenie potrzebne jest we wszelkiej działalności człowieka i uczyć tego trzeba na konkretnych, ale użytecznych w praktyce przykładach.
Zatem przestańmy uczyć tego, co nigdy w życiu uczniowi nie będzie przydatne, przestańmy przekonywać, że to jest konieczne, bo wspomaga rozwój logicznego myślenia. Przestańmy wymagać od uczniów opanowywania umiejętności rozwiązywania zadań matematycznych, z którymi oni mając określony poziom wykształcenia, nigdy w życiu się nie spotkają. Podobnie należy postępować w okresie nauki szkolnej odnośnie wszystkich pozostałych przedmiotów.
Władze szkolne muszą mieć świadomość, że dla młodzieży szczególnie uzdolnionej należy tworzyć klasy specjalne oraz indywidualny tok nauczania w celu wyłowienia talentów. Należy skończyć z twierdzeniem, że wszyscy uczniowie mają prawo do jednakowych warunków kształcenia, bo to prowadzi tylko do tzw. „urawniłowki”. W konsekwencji prowadzi to do ogólnego pogorszenia poziomu i wyników nauczania.

Na koniec należy dodać, że w opracowywanych programach nauczania powinno się uwzględniać takie nauczanie naszej młodzieży, aby ona w życiu zawsze swoją działalność opierała wyłącznie na wiedzy i doświadczeniu niekoniecznie tylko swoim, natomiast nawoływanie do „trzymania kciuków” za jakąś sprawę, (między innymi stosowane często przez rządzącą nami władzę) zostawiała domorosłym nieukom i kretynom.
Ludzie opamiętajcie się! Mamy już XXI wiek, a wy chcecie różne problemy rozwiązywać przez „trzymania kciuków”? To już szczyt głupoty!

sobota, 4 lutego 2017

Problemy aktualne


Zgraja głupich politykierów wrzeszczy, że nie wolno zmuszać dzieci do rozpoczynania nauki w szkole w wieku sześciu lat, bo pozbawia się ich przez to dzieciństwa. Krzykacze ci nie rozumieją, że mimo ich osobistego zacofania, w świecie nastąpił olbrzymi postęp i dzisiejsze dzieci to już nie te sprzed kilkunastu lat. One są już znacznie mądrzejsze od swoich rodziców, gdy byli oni w wieku swoich dzieci. To jest fakt bezsporny. Ale są w narodzie siły, które gotowe są poświęcić wszystko dla urzeczywistnienia własnych partyjnych celów.

Edukacja szkolna

Może to stwierdzenie wydać się komuś dziwne, ale dziecko zaczyna uczyć się od samego początku swego zaistnienia, a to znaczy, że od dnia urodzenia. Pierwszymi nauczycielami i wychowawcami są jego rodzice, a szczególnie matka. Tak już w mniejszym lub większym stopniu pozostanie przez całe jego życie do czasu, gdy rodziców już zabraknie. Podstawowe znaczenie w tym rodzicielskim wychowaniu ma naśladownictwo. Jest to nie tylko przywilej wśród ludzi, tak samo dzieje się wśród zwierząt i ptaków. Jednak tego, co potrafią dać dziecku rodzice pod względem wychowania i wykształcenia choćby byli najbardziej biegli w tym zakresie, jest dziecku w pewnych okresach jego rozwoju za mało z różnych powodów. Mimo, że rodzice swemu dziecku chcą stworzyć jak najlepsze warunki, to jednak dziecko nie zawsze potrafi to docenić. Tak było zawsze, już Chrystus powiedział, że „nie ma proroków we własnej wiosce”. Dlatego tak doniosłą rolę w wychowaniu dziecka spełnia przedszkole, a następnie edukacja szkolna na różnych szczeblach kształcenia, gdzie rodziców zastępują zupełnie obce osoby.
Dla młodzieży szczególnie uzdolnionej należy tworzyć klasy specjalne oraz indywidualny tok nauczania w celu wyłowienia talentów. Należy skończyć z twierdzeniem, że wszyscy uczniowie mają prawo do jednakowych warunków kształcenia, bo to prowadzi tylko do tzw. „urawniłowki”. W konsekwencji prowadzi to do ogólnego pogorszenia poziomu i wyników nauczania.

Na koniec należy dodać, że w opracowywanych programach nauczania powinno się uwzględniać takie nauczanie naszej młodzieży, aby ona w życiu zawsze swoją działalność opierała wyłącznie na wiedzy i doświadczeniu niekoniecznie tylko swoim, natomiast nawoływanie do „trzymania kciuków” za jakąś sprawę, (między innymi często przez rządzącą nami władzę) zostawiała domorosłym nieukom i kretynom.
Powszechnie mówi się, że obowiązkiem rodzica jest zbudować dom, posadzić drzewo i wydać potomstwo. Ponieważ domu nie zbudowałem, drzewa nie posadziłem, mam tylko jednego syna, ale za to przez trzydzieści lat pracowałem w średnim szkolnictwie zawodowym, więc uważam, że mam wystarczające kwalifikacje i prawo do wypowiedzenia się w sprawie edukacji szkolnej.

Nasza polska edukacja

Jaka jest ta nasza polska edukacja szkolna, każdy z nas wie z własnego doświadczenia. Dlatego o tym jaka ona jest, dobra czy może zła, to mowy o tym tutaj nie będzie. Osobiście znam ją sprzed wojny, a po wojnie również uczestniczyłem w niej (brałem czynny udział) w różnym charakterze, od ucznia do nauczyciela szkoły średniej. Były ciągłe zmiany, ciągłe reorganizacje, nie zawsze uzasadnione. Czasem nawet szkodliwe, podyktowane względami politycznymi. Na dowód tego podam jeden przykład. Chodzi o to, kiedy dziecko ma rozpoczynać naukę w szkole.
Zgraja głupich politykierów wrzeszczy, że nie wolno zmuszać dzieci do rozpoczynania nauki w szkole w wieku sześciu lat, bo pozbawia się ich przez to dzieciństwa. Krzykacze ci nie rozumieją, że mimo ich osobistego zacofania, w świecie nastąpił olbrzymi postęp i dzisiejsze dzieci to już nie te sprzed kilkunastu lat. One są już znacznie mądrzejsze od swoich rodziców, gdy byli oni w wieku swoich dzieci. To jest fakt bezsporny. Ale są w narodzie siły, które gotowe są poświęcić wszystko dla urzeczywistnienia własnych partyjnych celów.

Pamiętam również głupie czasy kiedy uczniom ostatniej klasy szkoły zawodowej podwyższano stopnie, aby mieć pełny stan klasy z możliwością przejścia jej do trzyletniego technikum, a to tylko w tym celu żeby nauczyciele nie utracili zatrudnienia. Innym głupim przykładem było dodawanie punktów dla młodzieży wiejskiej i robotniczej przy egzaminach wstępnych na studia wyższe, bo w przeciwnym wypadku nie byliby oni przyjęci z powodu niskiego poziomu przygotowania ich przez szkoły średnie.
Tak wyglądały czasy przygotowywania do wstępu na wyższy poziom kształcenia w tamtych już zamierzchłych czasach.
Inne zmiany w szkolnictwie wprowadzane na przestrzeni lat pominę, zgodnie z tym, co już wcześniej napisałem, każdy zainteresowany zna je z własnego doświadczenia.

Problemy współczesnej edukacji

Jeden z najważniejszych problemów, jakim jest edukacja narodu, nie jest skutecznie rozwiązywany przez państwo, ani skuteczne rozwiązanie tego problemu nie jest proponowane przez elity naukowe. W wyniku tego nasza edukacja narodu jest można powiedzieć beznadziejnie kulawa, nie przynosi korzyści ani państwu, ani narodowi, a wręcz przeciwnie, przynosi raczej duże straty. Nie wnikając w jakość wszystkich dotychczasowych systemów organizacji szkolnictwa na całej przestrzeni czasu od uzyskania niepodległości Polski w 1918 roku, należy stwierdzić, że również obecne próby wprowadzanych zmian już w III RP nie miały i nie mają wg mnie żadnego logicznego uzasadnienia.

W wychowaniu ważną rolę odgrywa dobry przykład. Niestety, tego co reprezentują sobą nasze „elity” polityczne, które są nam prezentowane w TV, trudno nazwać dobrym przykładem do naśladowania dla młodzieży. Widocznym efektem dotychczas wielokrotnych, ale nietrafionych reform w szkolnictwie jest tylko beznadziejny marazm, którego już nie naprawi żadna modernizacja, a jedynie może tego dokonać kompletna rekonstrukcja szkolnictwa i dostosowanie programów nauczania do wymogów XXI wieku.
Przy dotychczasowym wprowadzaniu różnych reform zapominano o przesłaniu Asnyka: „Ale nie niszczcie ołtarzy przeszłości, choć sami macie jeszcze lepsze wznieść, na nich się jeszcze święty ogień żarzy i wy winniście im cześć”, za to chętnie posługiwano się hasłem Solidarności „Im gorzej tym lepiej”, a wyniki tego są wszystkim dobrze znane i wymieniać ich tutaj nie ma potrzeby. Edukacja zasługuje na specjalne potraktowanie chociażby tylko z tego powodu, że dotyczy młodzieży, a młodzież, jak wiadomo, jest przyszłością narodu.

Okres szkolny w życiu dziecka

Drogie dziecko, pozwól, że w tak doniosłej chwili, w której stajesz się członkiem wielkiej społeczności uczniowskiej, podzielę się z tobą kilkoma informacjami, które pozwolą ci lepiej zrozumieć to, co cię czeka w okresie twojej edukacji.
Skończył się dla ciebie okres niczym nie ograniczanych zabaw spontanicznych. Przed tobą perspektywa zorganizowanej systematycznej pracy objętej programem szkolnego nauczania. Jednak nie może to być dla ciebie przymusem, ty do tego nie jestem przyzwyczajony. Ty musisz odczuwać wewnętrzną potrzebę tej nauki, do tego musisz być w odpowiedni, przekonujący sposób przygotowany. W przeciwnym razie będziesz odczuwać to, jako narzucony dla ciebie przymus i będzie to pierwszy edukacyjny błąd popełniony w kształtowaniu twojego charakteru. Na tym właśnie i wyłącznie będzie polegało przygotowanie ciebie do nauki w szkole.

Opanowana przez ciebie umiejętność czytania i pisania otworzy przed tobą nowe horyzonty. Będziesz mógł poznać to, co inni napisali i napisać to, co zechcesz przekazać innym. Dotychczas w twoim poznawaniu świata pośredniczyli rodzice, a sposób jego widzenia zależał od tego, w jaki sposób oni go tobie przedstawiali. Teraz zaczynasz się usamodzielniać.
Będziesz mógł poznawać, jak widzą i rozumieją świat inni ludzie. Będziesz mógł się uczyć wszystkiego, czego tylko zechcesz. Przed tobą cały świat stanie otworem. Musisz tylko na to się przygotować, musisz chcieć to robić, a mając tak dużo różnych możliwości na pewno dasz sobie radę. Musisz tylko nauczyć się stawiać przed sobą kolejne cele, a potem je systematycznie realizować. Nauczyć się systematyczności w działaniu, to też jest bardzo ważna cecha charakteru, a przecież na charakter składa się jeszcze wiele innych cech i to też musisz wszystko kolejno poznawać.
Ponieważ nie da się wszystkiego tak od razu zapamiętać, więc musisz nauczyć się w sposób jasny i dla każdego zrozumiały, zapisywać swoje myśli i swoje życiowe spostrzeżenia. Wszystko to, co przedstawiłem, jest przeznaczone dla ciebie, ale na początku, ze zrozumiałych względów, zamiast ciebie zajmą się tym twoi rodzice. Powodzenia!

piątek, 4 listopada 2016

Wartość pisanego słowa



Jaka jest wartość słowa pisanego i jakie ono ma znaczenie w życiu narodu, społeczeństwa i poszczególnego człowieka poznajemy, gdy korzystamy z książek, czasopism i informacji internetowych, ale pod warunkiem, że chcemy i umiemy czytać ze zrozumieniem. To wcale nie jest żart. Czasem teksty pisane są z różnych powodów w taki sposób, że trudno w nich doszukać się jakiegoś sensu z powodu niechlujnej formy lub przedstawienia treści celowo w sposób zakamuflowany, a czasem otwarcie w sposób kłamliwy.

Dosyć dawno temu w jednej z wrocławskich gazet były w odcinkach drukowane fragmenty wspomnień jednego z Sybiraków. Pisano, że na zesłaniu panował straszliwy głód. Wokół baraków, w których mieszkali, trawa była wyskubana z korzeniami, a w innym fragmencie tego opowiadania była informacja, że ci zesłańcy podczas łowienia ryb żakiem, to otwór wylotowy żaka zalepiali chlebem. Były to bzdury wypisywane przez dziennikarza opisującego te wspomnienia, że trudno je zapomnieć. Przecież trzeba być ostatnim idiotą, żeby napisać takie bzdury tylko po to, żeby udramatyzować sytuację. A być kretynem, by czytając te bzdury, dać się nabrać i w nie uwierzyć. Z głodu wokół baraków wyskubali trawę, a łowiąc ryby w rzece, otwór żaka zalepiali chlebem. To się kupy nie trzyma! We wszystkich tego typu „wspomnieniach” opisywanych przez dziennikarzy na podstawie wspomnień Sybiraków, przewija się same cierpiętnictwo, zniewolenie i w ogóle martyrologia narodu polskiego.

Dlatego wszystkie zdarzenia z mojego już dawno minionego syberyjskiego okresu zacząłem spisywać tak, jak je wtedy widziałem, jak je przeżywałem na Syberii, a byłem wtedy w wieku trzynastu do osiemnastu lat.
Zdarzyło się w tak zwanym międzyczasie, że w internecie natknąłem się na Interię 360, na której łamach może publikować swoje artykuły każdy tzw. „Dziennikarz Obywatelski”, tzn. nie otrzymujący wynagrodzenia. Postanowiłem spróbować swoich sił w tej dziedzinie i po otwarciu w Interii 360 swojego konta, też napisałem kilka artykułów.

W tym też czasie w TV obejrzałem reportaż p. Włodarczyk dotyczący ustawienia w Moskwie pomnika walonka. Ten temat był mi bliski, bo na Syberii pracowałem przy wyrobie walonków (syberyjskich „pimow”), byłem nawet majstrem. To skłoniło mnie do napisania artykułu do Interii 360 na temat wyrobu walonków. Wzbudził on u czytelników duże zainteresowanie i poproszono, abym napisał więcej na temat Syberii. Ponieważ miałem już napisanych dosyć dużo odcinków wcześniej rozpoczętych wspomnień z pobytu na Syberii, więc w ramach realizacji społecznego zapotrzebowania, zacząłem je publikować w formie artykułów. Były przyjmowane wprost entuzjastycznie. Teraz już nie pamiętam, który to był artykuł, ale średnio czytało go 1500 osób na godzinę.
Czytelnicy moich artykułów zaczęli coraz częściej proponować, abym moje artykuły wydał w formie książkowej. Ostatecznie stało się, że moja książka, jako wspomnienia Sybiraka pod tytułem „Odległy kraj czyli Syberia oczami zesłańca inaczej widziana”, została wydana pod patronatem Interii 360 w 2009 roku. (Interii 360 już nie ma, została zlikwidowana, za dużo w niej było wolności).

A jak byłem widziany na tle moich „Wspomnień Sybiraka?” Jeden z Dziennikarzy Obywatelskich poprosił żebym napisał artykuł wyjaśniający dlaczego w moich wspomnieniach piszę o Sowietach życzliwie i ciepło! Na to pytanie można było odpowiedzieć krótko jednym zdaniem tak: Nawet dwaj najlepsi przyjaciele odpowiednio zmotywowani, zostaną największymi wrogami do samej śmierci. Podobnie jest z narodami i ze zwykłym tłumem. Ale wiedziałem, że to nie wystarczy, bo zagadnienie jest dosyć skomplikowane. Dlatego zamiast artykułu postanowiłem napisać książkę pt „Echo syberyjskich wspomnień”, w której obalanie wszelkich znanych mi fałszywych mitów dotyczących szerzonej nienawiści pomiędzy naszymi słowiańskimi i nie tylko słowiańskimi narodami będę uważał za swój obowiązek.

W tak zwanym międzyczasie wpadła mi w ręce książka pod tytułem „Dzieje Trzciannego i obszaru gminy Trzcianne w XV-XX wieku” wydana w 2004 roku. Książka jest naprawdę pięknie wydana. Ale z całej jej zawartości chociaż jest tam wiele nieścisłości, wykorzystam tylko zawarte w niej „Wspomnienia p. Marii Dąbrowskiej z Kramkowskich”. Jestem przekonany, że tych wspomnień nie mogła napisać pani Maria Dąbrowska z Kramkowskich, bo jest tam dużo kłamstw i dlatego muszę się do nich szczególnie ustosunkować.

Wspomnienia te zawarte w aneksie źródłowym dokładnie przeczytałem i ze względu na szacunek, jaki mam dla Marylki jeszcze z tamtych syberyjskich czasów, kiedy wspólnie wywoływaliśmy na Syberii duchy z nią i jej ojcem Antonim, muszę stwierdzić, że ona nie mogła własnoręcznie tych wspomnień napisać. Napisał je ktoś, kto rzeczywiste wspomnienia Marylki chciał celowo przedstawić w formie bardziej dramatycznej. Ponieważ te wspomnienia widnieją w aneksie źródłowym, więc po latach staną się one źródłem historycznym. Dlatego póki jeszcze żyję, w trosce o prawdę historyczną, muszę sprostować wszystko to, o czym ja wiem, że jest nieprawdą (kłamstwem). Nie mogę pozwolić na fałszowanie historii, w której osobiście uczestniczyłem.
Nic nie mogę powiedzieć na temat tego, co się działo przed przyjazdem p. Kramkowskich do stacji Mońki, bo mnie tam nie było. Zwróciłem tylko uwagę na dwa zdania na stronie 337. Pierwsze to: „Moskwa slezam nie wierit”. Żołnierze nie mogli wypowiedzieć tych słów w 1941 roku. Jest to przecież tytuł filmu, który był nakręcony dopiero w roku 1979 czyli 38 lat później. Drugie to następujące zdanie: „ja [Dąbrowska z Kramkowskich Maria zesłanka syberyjska]”. Gdyby to napisała Marylka własnoręcznie, to by napisała, ja Maria Kramkowska. Przecież to są wspomnienia z 1941 roku i ona jeszcze nie była wtedy zamężna.

Na stacji w Mońkach to ja już byłem i stwierdzam, że nie było nas 5000 osób, nie było sznura bydlęcych wagonów, tylko zaledwie kilka wagonów, nie było też żadnych krzyków, a żołnierze nikomu nie urągali i nie pchali nikogo dzień i noc do wagonów. Do wagonów sami załadowaliśmy się zaraz po dowiezieniu nas do stacji i w naszym wagonie rzeczywiście były 42 osoby. Było to wtedy sprawdzane.
Po naszym załadowaniu się pozamykano drzwi wagonów i tego samego dnia tj. w piątek 20 czerwca 1941 roku po krótkim czasie podjechał pociąg, doczepiono do niego nasze wagony i on ruszył dalej.
Nie wyła syrena i nie biły nigdzie dzwony. Przy wagonach nie siedzieli żołnierze, bo nie było na to miejsca.
Dzieci nie spuszczały przez okienka butelek, bo okienka były zakryte blaszanymi pokrywami.

Z panią Olszewską nie było żadnej pani Pasiewicz. Poza naszymi trzema rodzinami, pozostałych wymienionych nie znałem. Absolutnie nie było tyle rodzin, co wymieniono w tekście. Za to nie jest wymieniona czteroosobowa rodzina (matka, ładna córka, przystojny syn i drugi syn, ale to był tylko nieruchomy szkielet przypominający człowieka), a taka rodzina przecież była. Nie dawali nam żadnego wiaderka wody.
W wagonach były półki, więc wszyscy mogli spać jednocześnie, a nie tak, jak to opisane we wspomnieniach. Cały dalszy opis to bzdura. Napisano we wspomnieniach: cytuję „ I w takiej ciasnocie i głodzie jechaliśmy dalej i dalej, aż po kilku dniach dojechaliśmy do Katyńskich Lasów i tam na bocznicy staliśmy dwa dni”, koniec cytatu.
Z tego opisu wynika, że z bocznicy ruszyliśmy po co najmniej czterech dniach, a w rzeczywistości było tak, że w następnym dniu podróży (21.6), już na terenie białoruskim, pociąg się zatrzymał w polu, otwarto blaszane pokrywy na okienkach, a z pobliskiej wioski kobiety i dzieci niosły nam w wiadrach wodę i podawały nam ją w butelkach przez okratowane okienka. Natomiast 22 czerwca byliśmy już w Smoleńsku i wtedy latały nad nami samoloty niemieckie. A przecież Smoleńsk jest położony dalej za Katyniem. Drugą lokomotywę dodano dopiero przed Uralem. Żadnego postoju na bocznicy w Katyńskich Lasach nie było.
Przez cały czas podróży, co jakiś czas dawano po kilka bochenków chleba na wagon i wtedy jedna osoba mogła na stacji pójść z żołnierzem po „kipitok”.

W Omsku ze stacji towarowej zawieziono nas samochodami ciężarowymi do ogromnego cyrku. Nie było nas 5000 osób tylko znacznie mniej. Jeżeli wieziono nas w około 60 wagonach, a w każdym gdyby nawet było 60 osób, to jasne, że nie mogło nas być 5000. W czasie pobytu w cyrku nikt nas nie nadzorował i nie było żadnego buntu. Nikt nikogo nie aresztował. Wprawdzie różni ludzie byli między nami, ale nie było aż takich idiotów, którzy rozlokowani w ogromnym cyrku decydowaliby się na jakiś bunt. Przeciw czemu i przeciw komu mieli się buntować, gdy w tym czasie nie było żadnego nad nami nadzoru.
Nikt nikomu nie wiązał rąk i nikt nikogo nie wrzucał do samochodów. Sami ładowaliśmy się do samochodów, a potem na barki. Nie było żadnego „kolbą w łeb”.

Dopłynęliśmy nie do żadnych „Bolszenków”, tylko do przystani Znamienka. Irtysz był wtedy bardzo rozlany, więc wyładowano nas nie na brzegu rzeki, tylko do magazynów stojących na palach w wodzie po samą podłogę.
Natomiast we wspomnieniach Marii Kramkowskiej napisano, cytuję: „ Nad brzegiem Irtysza zebrało się bardzo dużo ruskich ludzi. Przyszli nas oglądać, bo nie wiedzieli, co to znaczy taka nacja jak Polacy. Aż milicja z karabinami rozgarniała ludzi”. Koniec cytatu.

Dalszych bzdur nie będę cytował, bo jeżeli wyładowano nas do magazynów, a dokoła jak okiem sięgnąć była tylko woda, a ponadto robiło się już ciemno, więc cały cytat to bezsens, podobnie, jak również dalsze podobne opisy. Tu niestety, muszę dodać jeszcze jeden cytat: ”Tam nie było żadnej drogi tylko same kępy i trzęsawiska. Tam tylko z Omska jednym samolotem dojechać, a więcej niczym”. To już ostateczny koniec tych durnych cytatów.

Dopiero prawie nocą przetransportowano nas łodziami na wysoki brzeg do budynku szkolnego małej wioski Znamienka. Nie było żadnej milicji. Nie było żadnych ziemlanek. Po kilku dniach podstawiono ciężarówki, załadowano nas na te ciężarówki i zaczął się dalszy etap podróży do Bolsze – Ukow. Na szczęście deszcze nie padały i droga była tak ubita, jak w stodole gliniane klepisko.
Takiej drogi jeszcze nigdy nie widziałem. Pod wieczór przed samym zachodem słońca, po przejechaniu około stu kilometrów, dojechaliśmy do miasteczka. Ciężarówki podjechały pod starą, jakby zapadającą się pod ziemię szkołę. Zdążyliśmy się rozlokować i po krótkim czasie zapadła noc. Na drugi dzień wszystkie ciężarówki załadowane poborowymi przy wtórze zawodzeń żon i płaczu dzieci odjechały tą samą drogą, którą myśmy przyjechali.
Państwo Kramkowscy zamieszkali u budowniczego nowej lecznicy weterynaryjnej, na ulicy K. Marksa po prawej stronie tuż przed mostem Reszetinskim, a nie w żadnej ziemlance, bo ziemlanek tam nie było. Nikomu nie dawali taczek i nikt nikogo nie popędzał.
Początkowo pracowaliśmy przy wyrywaniu lnu, ale nikt nas do tego nie zmuszał. Nieco później pracowaliśmy w Rajpromkombinacie przy zwijaniu powrozów z pakuł lnianych. Polegało to na kręceniu korbą przez jednego pracownika, podczas gdy drugi pracownik bardziej fachowy, prządł tak, jak to robią prządki na kołowrotku.

Z tego okresu jest poniższe zdjęcie.

Na zdjęciu od prawej strony stoi moja siostra Józia, obok siedzi moja mamusia Gabriela, ten chłopiec powyżej, to jestem ja. Obok mnie stoi Maryla Kramkowska, a przy niej mój brat Janek. Po lewej stronie w środku siedzi pani Felicja Olszewska z piątką swoich dzieci. Po jej prawej stronie Zdzisiek lat 12, z drugiej strony Jadzia, poniżej z lewej stoi Sławek, na kolanach siedzi dwuletni Zenek, a przy nim stoi nieco starsza od niego Gertrudzia. Zdjęcie wykonane pod ścianą budynku Rajpromkombinatu od strony podwórza.

Do pracy w lesie zgłaszaliśmy się w rajpotriebsojuzie też dobrowolnie, a było to już w zimie. Pani Suchcicka nigdy w lesie nie pracowała, a jedynie pracowała przy wyrywaniu lnu i tylko początkowo. Lilka Cichocka nigdy nie obcięła sobie siekierą stopy z palcem. Jak można pisać o wyciskaniu wody z bagna piętami, gdy ta praca w lesie odbywała się w zimie?
Ja tam też pracowałem razem z innymi i nic takiego się nie zdarzyło, co jest we wspomnieniach opisywane. Praca w lesie w zimie, jak każda inna praca o tej porze roku bezpośrednio na mrozie nie należała do przyjemności. To prawda, ale do lasu i z lasu nas przywozili. Prawda również, że w posługiwaniu się siekierą przy obcinaniu gałęzi nieudolne były niektóre kobiety. Dlatego pozostawały im takie prace, jak ścinanie piłą drzew i przecinanie na długość po obcięciu gałęzi oraz składanie drewna w sągi.


Na zdjęciu obok, wykonanym w czasie późniejszym, jestem z Lilką Cichocką

Ustosunkowanie się do dalszych bredni pominę. Dodam tylko, że chleb wydawano nie w „łarku”, tylko w sklepie Sielpo i wtedy po 400 gramów na pracującego i 200 g na iżdiwienca. Natomiast kopanie gliny i wywożenie jej na taczkach odbywało się nie w 1941 roku, ale na wiosnę w 1942 roku w czasie budowy suszarni płatków ziemniaczanych.
Była to rzeczywiście ciężka praca nie tylko przy samym kopaniu tłustej, twardej gliny, ale szczególnie niebezpieczne było wywożenie jej taczkami na powierzchnię wykopu po ułożonych trapach. Pracowało nas tam sporo osób, przeważnie były to kobiety, które podczas wywożenia gliny często traciły równowagę i razem z taczką załadowaną gliną spadały do dołu. Marylce też to zdarzyło się kilkakrotnie. Ta praca, jak każda inna, też była dobrowolna.
Nikt nad nami nie stał i nikt nas nie popędzał. Po zbudowaniu tej suszarni pani Olszewska pracowała tam przez całą zimę przy suszeniu płatków.
Najbliższa stacja kolejowa była nie w Omsku, ale w Nazywajewsku odległym drogą lądową 230 km od Bolsze – Ukow (wg tubylców). Do dalszych wspomnień nie mogę się ustosunkować, bo mnie przy tym nie było. I całe szczęście, bo teraz przy komentowaniu tych „wspomnień”, nerwowo bym nie wytrzymał.

Jednak dalszy ciąg wspomnień do końca z uwagą przeczytałem i muszę trochę z zazdrością się przyznać, że nas po powrocie nikt nie witał tak, jak Marylkę. Tylko na granicy weszli do wagonu pogranicznicy, sprawdzili nasze dokumenty i to było wszystko. Głodni też nie byliśmy, bo mieliśmy prowiant z UNR-y. Może było to nieładnie z naszej strony, ale ziemi po przekroczeniu granicy też nie całowaliśmy.
Przy okazji nie omieszkam dać prztyczka Związkowi Sybiraków – Oddział w Elblągu. Na ich internetowej stronie „Sybiracy Elbląg - największa strona www o tematyce sybirackiej” między innymi napisano „.....Zrealizowano 4 wielkie ciągi deportacji, w których wywieziono 2 009 665 byłych obywateli Polski lub ich znajomych, potomków, przyjaciół, z których przeżyło do 1945 r. zaledwie 554 tys.:”
„5) 4 - w czwartej deportacji z 20 czerwca 1941 wywieziono w głąb ZSRR wszelką inną ludność "podobną do Polaków".” Co za bzdura umieszczona przez Związek na stronie internetowej!
Do tej pory nie wiem, co to znaczy „podobną do Polaków”, ale myślę, że to chyba dlatego nie witano nas tak, jak Marylkę, bo ona widocznie wracała z „prawdziwymi” Polakami, a my byliśmy tylko tymi „podobnymi do Polaków”.

To byłoby na tyle, co mam do powiedzenia odnośnie tych wspomnień. Dziwię się tylko, jaki dureń mógł wypisywać takie brednie w opisie pod tytułem „wspomnienia” i w jakim celu to zrobił? Nie zastanowił się, że tym samym wyrządził wielką krzywdę pani Marii Dąbrowskiej z domu Kramkowskiej? Przecież ona tego nie napisała, co do tego jestem przekonany, bo Marylę z tamtych czasów znałem przecież osobiście. Po wojnie ostatni raz widziałem się z nią w lecie 1947 roku, gdy w niedzielę razem z p. Olszewską przyszły do naszego domu na Karczaku w odwiedziny. Pod wieczór odprowadziłem obie Panie na przełaj obok sadu p. Sienkiewiczów. Do dni dzisiejszych zarzucam sobie nietakt, jaki wtedy popełniłem.
Marylkę odprowadziłem dalej niż p. Olszewską. Należało postąpić odwrotnie. Marylka była na swoim terenie, a p. Olszewska na obcym. Żałuję tego, ale to niczego już nie zmieni tak samo, jak nie da się zmienić wielu innych błędów popełnionych w życiu.

Szanowni Autorzy poważnego historycznego opracowania pt. „Dzieje Trzciannego”. Jak mogliście zamieścić te „wspomnienia” w książce w ramach „Aneksu źródłowego”? Po wielu latach wspomnienia te staną się źródłem historycznym. Czy zdajecie sobie z tego sprawę, jak na tym ucierpi Wasz naukowy autorytet? Przecież jest to stek bzdur, a nie żadne źródło historyczne. Myślę, że tym, co napisałem, zrobiłem książce „Dzieje Trzciannego” niezamierzoną reklamę, a dobrą czy złą, to już zupełnie inna sprawa.

Drogi Czytelniku, twraz możesz już mieć ogólne wyobrażenie, jak powstają makabryczne historie wypisywane przez autorów o wybujałej wyobraźni, którzy materiał czerpią z opowiedzianych im wspomnień przez osoby będące uczestnikami określonych zdarzeń.
Na tym już zakończę pisanie tych sprostowań. Drodzy Czytelnicy czytając jakiekolwiek wspomnienia i nie tylko, próbujcie zawsze dokładnie zrozumieć kto pisze, o czym pisze, jak pisze, w jakich warunkach i czemu to pisanie wg nich ma służyć.










piątek, 14 sierpnia 2015

Przypomniana ziemniaczana historyjka

Działo się to w okresie II Wojny Światowej na Syberii w miasteczku Bolszyje Uki dokąd my Polacy byliśmy wtedy deportowani. Była to niedziela, piękny, słoneczny, styczniowy dzień. Dokładnej daty nie pamiętam, ale w tym właśnie dniu odbywały się wybory do najwyższych władz ZSRR. Kandydatem w tym syberyjskim miasteczku był akademik o nazwisku Cycyn. Człowiek ten był znany i ceniony za to, że wyhodował odmianę ziemniaka, którego nie trzeba było na wiosnę sadzić w całości, a wystarczyło tylko wyciąć i posadzić same jego wyrostki. Miało to ogromne znaczenie gospodarcze szczególnie w czasie wojennym. Kandydat był jeden, więc w rzeczywistości nie były to wybory, a tylko głosowanie. Poza tym on niczego nie obiecywał, na jego korzyść przemawiały jego dotychczasowe dokonania.

Takie to były bezsporne korzyści

Jeżeli na obsadzenie 1ha potrzeba było 62500 sztuk ziemniaków, a ciężar każdego wahał się średnio w granicach 115 gramów, to w sumie trzeba było wysadzić 7187 kg. Wykorzystując do sadzenia same wyrostki ziemniaka wyhodowanego przez Cycyna, wystarczyło wysadzić tylko 1/3 tej wielkości (2396 kg), a pozostałe 2/3 (4720 kg) można było przeznaczyć do konsumpcji. Wyhodowane przez Cycyna ziemniaki były wtedy już znane i rozpowszechnione, więc na tego kandydata głosowano masowo i z zadowoleniem. Widziałem to na własne oczy, a utkwiło to tak bardzo w mojej pamięci między innymi i dlatego, że w tym dniu byłem umówiony na moją pierwszą w życiu randkę. Ponieważ dzień był słoneczny i stosunkowo ciepły, więc ubrałem się w czapkę „kubankę” i przysłany mi przez brata z frontu, oficerski płaszcz. I to właśnie było całe moje nieszczęście. Randka przedłużyła się do północy, mróz stężał, a ja wcale tego nie odczuwałem. Wynik randki był taki, że odmroziłem sobie uszy. Przez następny tydzień nie zdejmowałem w pracy czapki uszanki, aby ukryć spuchnięte i nasmarowane gęsim tłuszczem moje „ośle” uszy. Wracając do kraju w 1946 roku zabrałem ze sobą siedem takich unikalnych ziemniaków i w dniu przybycia do rodzinnego domu 20 czerwca niezwłocznie posadziłem w ogródku 6 ziemniaków (siódmy był zepsuty). Mimo późnego terminu sadzenia, w jesieni z tych 6 gniazd zebrałem 3,5 wiadra dorodnych ziemniaków. W następnych latach ziemniaki te rozpowszechniły się w całej bliższej i dalszej okolicy. Każdy gospodarz chciał je uprawiać dzięki ich dużej urodzajności. Mogłem wtedy nieźle na tym zarobić, ale w tym czasie zajmowałem się czymś innym. Musiałem przede wszystkim nadrobić straconych pięć lat szkolnej nauki.

Najnowsze spostrzeżenia i wynikające z nich wnioski

Od tamtych czasów minęło już 70 lat, a o dawnych zdarzeniach przypomniałem dzięki moim ostatnim spostrzeżeniom związanym z ziemniaczanym tematem. Otóż w swoim postępowaniu trzymam się zasady, że wszystko, co z ziemi wyszło, powinno do niej wrócić. Dlatego wszystkie odpadki, między innymi kuchenne, zakopuję w ogródku. Z zakopanych ziemniaczanych obierek wyrastają nadziemne łodygi ziemniaków. Zwykle je niszczę, ale w bieżącym roku w związku z wyborami w naszym kraju, przypomniały mi się tamte wybory syberyjskie i związany z nimi epizod ziemniaczany. Skojarzyłem ze sobą te wszystkie zdarzenia i ziemniaki wyrastające z obierek pozostawiłem do dalszej wegetacji, a ponadto z naszych wrocławskich ziemniaków wyciąłem kilka wyrostków i też je posadziłem. Wynik eksperymentu był taki, że z jednego posadzonego wyrostka wyrosło 8 ziemniaków, a ich łączny ciężar to 0,922 kg. W gniazdach wyrosłych z zakopywanych obierek wyniki były podobne. Moje doświadczenie ze zwykłymi wrocławskimi ziemniakami dowodzi, że akademik Cycyn niczego nie wyhodował, a jedynie wpadł na bardzo korzystny w tamtym czasie pomysł, aby zaobserwowane zjawisko przyrodnicze związane z rozwojem ziemniaka w umiejętny sposób wykorzystać we własnym interesie.

Cel uświęca środki

Minęło 70 lat, a sposoby myślenia różnych narodów szczególnie w metodach dochodzenia do władzy nic się nie zmieniły. Celem akademika Cycyna w tamtym syberyjskim systemie było raczej osiągnięcie prestiżu społecznego posługując się swoimi choć pożytecznymi, to jednak oszukańczymi osiągnięciami. Natomiast celem naszych kandydatów jest dorwanie się do „żłobu”. Jak zwykle, karmią wyborców składanymi obietnicami, o których realizacji zapominają z chwilą osiągnięcia celu. Można zatem zadać pytanie, jak w tych sytuacjach traktowany jest wyborca? Ale na to pytanie każdy wyborca niech już odpowie sobie sam.