piątek, 4 listopada 2016
Wartość pisanego słowa
Jaka jest wartość słowa pisanego i jakie ono ma znaczenie w życiu narodu, społeczeństwa i poszczególnego człowieka poznajemy, gdy korzystamy z książek, czasopism i informacji internetowych, ale pod warunkiem, że chcemy i umiemy czytać ze zrozumieniem. To wcale nie jest żart. Czasem teksty pisane są z różnych powodów w taki sposób, że trudno w nich doszukać się jakiegoś sensu z powodu niechlujnej formy lub przedstawienia treści celowo w sposób zakamuflowany, a czasem otwarcie w sposób kłamliwy.
Dosyć dawno temu w jednej z wrocławskich gazet były w odcinkach drukowane fragmenty wspomnień jednego z Sybiraków. Pisano, że na zesłaniu panował straszliwy głód. Wokół baraków, w których mieszkali, trawa była wyskubana z korzeniami, a w innym fragmencie tego opowiadania była informacja, że ci zesłańcy podczas łowienia ryb żakiem, to otwór wylotowy żaka zalepiali chlebem. Były to bzdury wypisywane przez dziennikarza opisującego te wspomnienia, że trudno je zapomnieć. Przecież trzeba być ostatnim idiotą, żeby napisać takie bzdury tylko po to, żeby udramatyzować sytuację. A być kretynem, by czytając te bzdury, dać się nabrać i w nie uwierzyć. Z głodu wokół baraków wyskubali trawę, a łowiąc ryby w rzece, otwór żaka zalepiali chlebem. To się kupy nie trzyma! We wszystkich tego typu „wspomnieniach” opisywanych przez dziennikarzy na podstawie wspomnień Sybiraków, przewija się same cierpiętnictwo, zniewolenie i w ogóle martyrologia narodu polskiego.
Dlatego wszystkie zdarzenia z mojego już dawno minionego syberyjskiego okresu zacząłem spisywać tak, jak je wtedy widziałem, jak je przeżywałem na Syberii, a byłem wtedy w wieku trzynastu do osiemnastu lat.
Zdarzyło się w tak zwanym międzyczasie, że w internecie natknąłem się na Interię 360, na której łamach może publikować swoje artykuły każdy tzw. „Dziennikarz Obywatelski”, tzn. nie otrzymujący wynagrodzenia. Postanowiłem spróbować swoich sił w tej dziedzinie i po otwarciu w Interii 360 swojego konta, też napisałem kilka artykułów.
W tym też czasie w TV obejrzałem reportaż p. Włodarczyk dotyczący ustawienia w Moskwie pomnika walonka. Ten temat był mi bliski, bo na Syberii pracowałem przy wyrobie walonków (syberyjskich „pimow”), byłem nawet majstrem. To skłoniło mnie do napisania artykułu do Interii 360 na temat wyrobu walonków. Wzbudził on u czytelników duże zainteresowanie i poproszono, abym napisał więcej na temat Syberii. Ponieważ miałem już napisanych dosyć dużo odcinków wcześniej rozpoczętych wspomnień z pobytu na Syberii, więc w ramach realizacji społecznego zapotrzebowania, zacząłem je publikować w formie artykułów. Były przyjmowane wprost entuzjastycznie. Teraz już nie pamiętam, który to był artykuł, ale średnio czytało go 1500 osób na godzinę.
Czytelnicy moich artykułów zaczęli coraz częściej proponować, abym moje artykuły wydał w formie książkowej. Ostatecznie stało się, że moja książka, jako wspomnienia Sybiraka pod tytułem „Odległy kraj czyli Syberia oczami zesłańca inaczej widziana”, została wydana pod patronatem Interii 360 w 2009 roku. (Interii 360 już nie ma, została zlikwidowana, za dużo w niej było wolności).
A jak byłem widziany na tle moich „Wspomnień Sybiraka?” Jeden z Dziennikarzy Obywatelskich poprosił żebym napisał artykuł wyjaśniający dlaczego w moich wspomnieniach piszę o Sowietach życzliwie i ciepło! Na to pytanie można było odpowiedzieć krótko jednym zdaniem tak: Nawet dwaj najlepsi przyjaciele odpowiednio zmotywowani, zostaną największymi wrogami do samej śmierci. Podobnie jest z narodami i ze zwykłym tłumem. Ale wiedziałem, że to nie wystarczy, bo zagadnienie jest dosyć skomplikowane. Dlatego zamiast artykułu postanowiłem napisać książkę pt „Echo syberyjskich wspomnień”, w której obalanie wszelkich znanych mi fałszywych mitów dotyczących szerzonej nienawiści pomiędzy naszymi słowiańskimi i nie tylko słowiańskimi narodami będę uważał za swój obowiązek.
W tak zwanym międzyczasie wpadła mi w ręce książka pod tytułem „Dzieje Trzciannego i obszaru gminy Trzcianne w XV-XX wieku” wydana w 2004 roku. Książka jest naprawdę pięknie wydana. Ale z całej jej zawartości chociaż jest tam wiele nieścisłości, wykorzystam tylko zawarte w niej „Wspomnienia p. Marii Dąbrowskiej z Kramkowskich”. Jestem przekonany, że tych wspomnień nie mogła napisać pani Maria Dąbrowska z Kramkowskich, bo jest tam dużo kłamstw i dlatego muszę się do nich szczególnie ustosunkować.
Wspomnienia te zawarte w aneksie źródłowym dokładnie przeczytałem i ze względu na szacunek, jaki mam dla Marylki jeszcze z tamtych syberyjskich czasów, kiedy wspólnie wywoływaliśmy na Syberii duchy z nią i jej ojcem Antonim, muszę stwierdzić, że ona nie mogła własnoręcznie tych wspomnień napisać. Napisał je ktoś, kto rzeczywiste wspomnienia Marylki chciał celowo przedstawić w formie bardziej dramatycznej. Ponieważ te wspomnienia widnieją w aneksie źródłowym, więc po latach staną się one źródłem historycznym. Dlatego póki jeszcze żyję, w trosce o prawdę historyczną, muszę sprostować wszystko to, o czym ja wiem, że jest nieprawdą (kłamstwem). Nie mogę pozwolić na fałszowanie historii, w której osobiście uczestniczyłem.
Nic nie mogę powiedzieć na temat tego, co się działo przed przyjazdem p. Kramkowskich do stacji Mońki, bo mnie tam nie było. Zwróciłem tylko uwagę na dwa zdania na stronie 337. Pierwsze to: „Moskwa slezam nie wierit”. Żołnierze nie mogli wypowiedzieć tych słów w 1941 roku. Jest to przecież tytuł filmu, który był nakręcony dopiero w roku 1979 czyli 38 lat później. Drugie to następujące zdanie: „ja [Dąbrowska z Kramkowskich Maria zesłanka syberyjska]”. Gdyby to napisała Marylka własnoręcznie, to by napisała, ja Maria Kramkowska. Przecież to są wspomnienia z 1941 roku i ona jeszcze nie była wtedy zamężna.
Na stacji w Mońkach to ja już byłem i stwierdzam, że nie było nas 5000 osób, nie było sznura bydlęcych wagonów, tylko zaledwie kilka wagonów, nie było też żadnych krzyków, a żołnierze nikomu nie urągali i nie pchali nikogo dzień i noc do wagonów. Do wagonów sami załadowaliśmy się zaraz po dowiezieniu nas do stacji i w naszym wagonie rzeczywiście były 42 osoby. Było to wtedy sprawdzane.
Po naszym załadowaniu się pozamykano drzwi wagonów i tego samego dnia tj. w piątek 20 czerwca 1941 roku po krótkim czasie podjechał pociąg, doczepiono do niego nasze wagony i on ruszył dalej.
Nie wyła syrena i nie biły nigdzie dzwony. Przy wagonach nie siedzieli żołnierze, bo nie było na to miejsca.
Dzieci nie spuszczały przez okienka butelek, bo okienka były zakryte blaszanymi pokrywami.
Z panią Olszewską nie było żadnej pani Pasiewicz. Poza naszymi trzema rodzinami, pozostałych wymienionych nie znałem. Absolutnie nie było tyle rodzin, co wymieniono w tekście. Za to nie jest wymieniona czteroosobowa rodzina (matka, ładna córka, przystojny syn i drugi syn, ale to był tylko nieruchomy szkielet przypominający człowieka), a taka rodzina przecież była. Nie dawali nam żadnego wiaderka wody.
W wagonach były półki, więc wszyscy mogli spać jednocześnie, a nie tak, jak to opisane we wspomnieniach. Cały dalszy opis to bzdura. Napisano we wspomnieniach: cytuję „ I w takiej ciasnocie i głodzie jechaliśmy dalej i dalej, aż po kilku dniach dojechaliśmy do Katyńskich Lasów i tam na bocznicy staliśmy dwa dni”, koniec cytatu.
Z tego opisu wynika, że z bocznicy ruszyliśmy po co najmniej czterech dniach, a w rzeczywistości było tak, że w następnym dniu podróży (21.6), już na terenie białoruskim, pociąg się zatrzymał w polu, otwarto blaszane pokrywy na okienkach, a z pobliskiej wioski kobiety i dzieci niosły nam w wiadrach wodę i podawały nam ją w butelkach przez okratowane okienka. Natomiast 22 czerwca byliśmy już w Smoleńsku i wtedy latały nad nami samoloty niemieckie. A przecież Smoleńsk jest położony dalej za Katyniem. Drugą lokomotywę dodano dopiero przed Uralem. Żadnego postoju na bocznicy w Katyńskich Lasach nie było.
Przez cały czas podróży, co jakiś czas dawano po kilka bochenków chleba na wagon i wtedy jedna osoba mogła na stacji pójść z żołnierzem po „kipitok”.
W Omsku ze stacji towarowej zawieziono nas samochodami ciężarowymi do ogromnego cyrku. Nie było nas 5000 osób tylko znacznie mniej. Jeżeli wieziono nas w około 60 wagonach, a w każdym gdyby nawet było 60 osób, to jasne, że nie mogło nas być 5000. W czasie pobytu w cyrku nikt nas nie nadzorował i nie było żadnego buntu. Nikt nikogo nie aresztował. Wprawdzie różni ludzie byli między nami, ale nie było aż takich idiotów, którzy rozlokowani w ogromnym cyrku decydowaliby się na jakiś bunt. Przeciw czemu i przeciw komu mieli się buntować, gdy w tym czasie nie było żadnego nad nami nadzoru.
Nikt nikomu nie wiązał rąk i nikt nikogo nie wrzucał do samochodów. Sami ładowaliśmy się do samochodów, a potem na barki. Nie było żadnego „kolbą w łeb”.
Dopłynęliśmy nie do żadnych „Bolszenków”, tylko do przystani Znamienka. Irtysz był wtedy bardzo rozlany, więc wyładowano nas nie na brzegu rzeki, tylko do magazynów stojących na palach w wodzie po samą podłogę.
Natomiast we wspomnieniach Marii Kramkowskiej napisano, cytuję: „ Nad brzegiem Irtysza zebrało się bardzo dużo ruskich ludzi. Przyszli nas oglądać, bo nie wiedzieli, co to znaczy taka nacja jak Polacy. Aż milicja z karabinami rozgarniała ludzi”. Koniec cytatu.
Dalszych bzdur nie będę cytował, bo jeżeli wyładowano nas do magazynów, a dokoła jak okiem sięgnąć była tylko woda, a ponadto robiło się już ciemno, więc cały cytat to bezsens, podobnie, jak również dalsze podobne opisy. Tu niestety, muszę dodać jeszcze jeden cytat: ”Tam nie było żadnej drogi tylko same kępy i trzęsawiska. Tam tylko z Omska jednym samolotem dojechać, a więcej niczym”. To już ostateczny koniec tych durnych cytatów.
Dopiero prawie nocą przetransportowano nas łodziami na wysoki brzeg do budynku szkolnego małej wioski Znamienka. Nie było żadnej milicji. Nie było żadnych ziemlanek. Po kilku dniach podstawiono ciężarówki, załadowano nas na te ciężarówki i zaczął się dalszy etap podróży do Bolsze – Ukow. Na szczęście deszcze nie padały i droga była tak ubita, jak w stodole gliniane klepisko.
Takiej drogi jeszcze nigdy nie widziałem. Pod wieczór przed samym zachodem słońca, po przejechaniu około stu kilometrów, dojechaliśmy do miasteczka. Ciężarówki podjechały pod starą, jakby zapadającą się pod ziemię szkołę. Zdążyliśmy się rozlokować i po krótkim czasie zapadła noc. Na drugi dzień wszystkie ciężarówki załadowane poborowymi przy wtórze zawodzeń żon i płaczu dzieci odjechały tą samą drogą, którą myśmy przyjechali.
Państwo Kramkowscy zamieszkali u budowniczego nowej lecznicy weterynaryjnej, na ulicy K. Marksa po prawej stronie tuż przed mostem Reszetinskim, a nie w żadnej ziemlance, bo ziemlanek tam nie było. Nikomu nie dawali taczek i nikt nikogo nie popędzał.
Początkowo pracowaliśmy przy wyrywaniu lnu, ale nikt nas do tego nie zmuszał. Nieco później pracowaliśmy w Rajpromkombinacie przy zwijaniu powrozów z pakuł lnianych. Polegało to na kręceniu korbą przez jednego pracownika, podczas gdy drugi pracownik bardziej fachowy, prządł tak, jak to robią prządki na kołowrotku.
Z tego okresu jest poniższe zdjęcie.
Na zdjęciu od prawej strony stoi moja siostra Józia, obok siedzi moja mamusia Gabriela, ten chłopiec powyżej, to jestem ja. Obok mnie stoi Maryla Kramkowska, a przy niej mój brat Janek. Po lewej stronie w środku siedzi pani Felicja Olszewska z piątką swoich dzieci. Po jej prawej stronie Zdzisiek lat 12, z drugiej strony Jadzia, poniżej z lewej stoi Sławek, na kolanach siedzi dwuletni Zenek, a przy nim stoi nieco starsza od niego Gertrudzia. Zdjęcie wykonane pod ścianą budynku Rajpromkombinatu od strony podwórza.
Do pracy w lesie zgłaszaliśmy się w rajpotriebsojuzie też dobrowolnie, a było to już w zimie. Pani Suchcicka nigdy w lesie nie pracowała, a jedynie pracowała przy wyrywaniu lnu i tylko początkowo. Lilka Cichocka nigdy nie obcięła sobie siekierą stopy z palcem. Jak można pisać o wyciskaniu wody z bagna piętami, gdy ta praca w lesie odbywała się w zimie?
Ja tam też pracowałem razem z innymi i nic takiego się nie zdarzyło, co jest we wspomnieniach opisywane. Praca w lesie w zimie, jak każda inna praca o tej porze roku bezpośrednio na mrozie nie należała do przyjemności. To prawda, ale do lasu i z lasu nas przywozili. Prawda również, że w posługiwaniu się siekierą przy obcinaniu gałęzi nieudolne były niektóre kobiety. Dlatego pozostawały im takie prace, jak ścinanie piłą drzew i przecinanie na długość po obcięciu gałęzi oraz składanie drewna w sągi.
Na zdjęciu obok, wykonanym w czasie późniejszym, jestem z Lilką Cichocką
Ustosunkowanie się do dalszych bredni pominę. Dodam tylko, że chleb wydawano nie w „łarku”, tylko w sklepie Sielpo i wtedy po 400 gramów na pracującego i 200 g na iżdiwienca. Natomiast kopanie gliny i wywożenie jej na taczkach odbywało się nie w 1941 roku, ale na wiosnę w 1942 roku w czasie budowy suszarni płatków ziemniaczanych.
Była to rzeczywiście ciężka praca nie tylko przy samym kopaniu tłustej, twardej gliny, ale szczególnie niebezpieczne było wywożenie jej taczkami na powierzchnię wykopu po ułożonych trapach. Pracowało nas tam sporo osób, przeważnie były to kobiety, które podczas wywożenia gliny często traciły równowagę i razem z taczką załadowaną gliną spadały do dołu. Marylce też to zdarzyło się kilkakrotnie. Ta praca, jak każda inna, też była dobrowolna.
Nikt nad nami nie stał i nikt nas nie popędzał. Po zbudowaniu tej suszarni pani Olszewska pracowała tam przez całą zimę przy suszeniu płatków.
Najbliższa stacja kolejowa była nie w Omsku, ale w Nazywajewsku odległym drogą lądową 230 km od Bolsze – Ukow (wg tubylców). Do dalszych wspomnień nie mogę się ustosunkować, bo mnie przy tym nie było. I całe szczęście, bo teraz przy komentowaniu tych „wspomnień”, nerwowo bym nie wytrzymał.
Jednak dalszy ciąg wspomnień do końca z uwagą przeczytałem i muszę trochę z zazdrością się przyznać, że nas po powrocie nikt nie witał tak, jak Marylkę. Tylko na granicy weszli do wagonu pogranicznicy, sprawdzili nasze dokumenty i to było wszystko. Głodni też nie byliśmy, bo mieliśmy prowiant z UNR-y. Może było to nieładnie z naszej strony, ale ziemi po przekroczeniu granicy też nie całowaliśmy.
Przy okazji nie omieszkam dać prztyczka Związkowi Sybiraków – Oddział w Elblągu. Na ich internetowej stronie „Sybiracy Elbląg - największa strona www o tematyce sybirackiej” między innymi napisano „.....Zrealizowano 4 wielkie ciągi deportacji, w których wywieziono 2 009 665 byłych obywateli Polski lub ich znajomych, potomków, przyjaciół, z których przeżyło do 1945 r. zaledwie 554 tys.:”
„5) 4 - w czwartej deportacji z 20 czerwca 1941 wywieziono w głąb ZSRR wszelką inną ludność "podobną do Polaków".” Co za bzdura umieszczona przez Związek na stronie internetowej!
Do tej pory nie wiem, co to znaczy „podobną do Polaków”, ale myślę, że to chyba dlatego nie witano nas tak, jak Marylkę, bo ona widocznie wracała z „prawdziwymi” Polakami, a my byliśmy tylko tymi „podobnymi do Polaków”.
To byłoby na tyle, co mam do powiedzenia odnośnie tych wspomnień. Dziwię się tylko, jaki dureń mógł wypisywać takie brednie w opisie pod tytułem „wspomnienia” i w jakim celu to zrobił? Nie zastanowił się, że tym samym wyrządził wielką krzywdę pani Marii Dąbrowskiej z domu Kramkowskiej? Przecież ona tego nie napisała, co do tego jestem przekonany, bo Marylę z tamtych czasów znałem przecież osobiście. Po wojnie ostatni raz widziałem się z nią w lecie 1947 roku, gdy w niedzielę razem z p. Olszewską przyszły do naszego domu na Karczaku w odwiedziny. Pod wieczór odprowadziłem obie Panie na przełaj obok sadu p. Sienkiewiczów. Do dni dzisiejszych zarzucam sobie nietakt, jaki wtedy popełniłem.
Marylkę odprowadziłem dalej niż p. Olszewską. Należało postąpić odwrotnie. Marylka była na swoim terenie, a p. Olszewska na obcym. Żałuję tego, ale to niczego już nie zmieni tak samo, jak nie da się zmienić wielu innych błędów popełnionych w życiu.
Szanowni Autorzy poważnego historycznego opracowania pt. „Dzieje Trzciannego”. Jak mogliście zamieścić te „wspomnienia” w książce w ramach „Aneksu źródłowego”? Po wielu latach wspomnienia te staną się źródłem historycznym. Czy zdajecie sobie z tego sprawę, jak na tym ucierpi Wasz naukowy autorytet? Przecież jest to stek bzdur, a nie żadne źródło historyczne. Myślę, że tym, co napisałem, zrobiłem książce „Dzieje Trzciannego” niezamierzoną reklamę, a dobrą czy złą, to już zupełnie inna sprawa.
Drogi Czytelniku, twraz możesz już mieć ogólne wyobrażenie, jak powstają makabryczne historie wypisywane przez autorów o wybujałej wyobraźni, którzy materiał czerpią z opowiedzianych im wspomnień przez osoby będące uczestnikami określonych zdarzeń.
Na tym już zakończę pisanie tych sprostowań. Drodzy Czytelnicy czytając jakiekolwiek wspomnienia i nie tylko, próbujcie zawsze dokładnie zrozumieć kto pisze, o czym pisze, jak pisze, w jakich warunkach i czemu to pisanie wg nich ma służyć.
piątek, 14 sierpnia 2015
Przypomniana ziemniaczana historyjka
Działo się to w okresie II Wojny Światowej na Syberii w miasteczku Bolszyje Uki dokąd my Polacy byliśmy wtedy deportowani. Była to niedziela, piękny, słoneczny, styczniowy dzień. Dokładnej daty nie pamiętam, ale w tym właśnie dniu odbywały się wybory do najwyższych władz ZSRR. Kandydatem w tym syberyjskim miasteczku był akademik o nazwisku Cycyn. Człowiek ten był znany i ceniony za to, że wyhodował odmianę ziemniaka, którego nie trzeba było na wiosnę sadzić w całości, a wystarczyło tylko wyciąć i posadzić same jego wyrostki. Miało to ogromne znaczenie gospodarcze szczególnie w czasie wojennym. Kandydat był jeden, więc w rzeczywistości nie były to wybory, a tylko głosowanie. Poza tym on niczego nie obiecywał, na jego korzyść przemawiały jego dotychczasowe dokonania.
Takie to były bezsporne korzyści
Jeżeli na obsadzenie 1ha potrzeba było 62500 sztuk ziemniaków, a ciężar każdego wahał się średnio w granicach 115 gramów, to w sumie trzeba było wysadzić 7187 kg. Wykorzystując do sadzenia same wyrostki ziemniaka wyhodowanego przez Cycyna, wystarczyło wysadzić tylko 1/3 tej wielkości (2396 kg), a pozostałe 2/3 (4720 kg) można było przeznaczyć do konsumpcji. Wyhodowane przez Cycyna ziemniaki były wtedy już znane i rozpowszechnione, więc na tego kandydata głosowano masowo i z zadowoleniem. Widziałem to na własne oczy, a utkwiło to tak bardzo w mojej pamięci między innymi i dlatego, że w tym dniu byłem umówiony na moją pierwszą w życiu randkę. Ponieważ dzień był słoneczny i stosunkowo ciepły, więc ubrałem się w czapkę „kubankę” i przysłany mi przez brata z frontu, oficerski płaszcz. I to właśnie było całe moje nieszczęście. Randka przedłużyła się do północy, mróz stężał, a ja wcale tego nie odczuwałem. Wynik randki był taki, że odmroziłem sobie uszy. Przez następny tydzień nie zdejmowałem w pracy czapki uszanki, aby ukryć spuchnięte i nasmarowane gęsim tłuszczem moje „ośle” uszy. Wracając do kraju w 1946 roku zabrałem ze sobą siedem takich unikalnych ziemniaków i w dniu przybycia do rodzinnego domu 20 czerwca niezwłocznie posadziłem w ogródku 6 ziemniaków (siódmy był zepsuty). Mimo późnego terminu sadzenia, w jesieni z tych 6 gniazd zebrałem 3,5 wiadra dorodnych ziemniaków. W następnych latach ziemniaki te rozpowszechniły się w całej bliższej i dalszej okolicy. Każdy gospodarz chciał je uprawiać dzięki ich dużej urodzajności. Mogłem wtedy nieźle na tym zarobić, ale w tym czasie zajmowałem się czymś innym. Musiałem przede wszystkim nadrobić straconych pięć lat szkolnej nauki.
Najnowsze spostrzeżenia i wynikające z nich wnioski
Od tamtych czasów minęło już 70 lat, a o dawnych zdarzeniach przypomniałem dzięki moim ostatnim spostrzeżeniom związanym z ziemniaczanym tematem. Otóż w swoim postępowaniu trzymam się zasady, że wszystko, co z ziemi wyszło, powinno do niej wrócić. Dlatego wszystkie odpadki, między innymi kuchenne, zakopuję w ogródku. Z zakopanych ziemniaczanych obierek wyrastają nadziemne łodygi ziemniaków. Zwykle je niszczę, ale w bieżącym roku w związku z wyborami w naszym kraju, przypomniały mi się tamte wybory syberyjskie i związany z nimi epizod ziemniaczany. Skojarzyłem ze sobą te wszystkie zdarzenia i ziemniaki wyrastające z obierek pozostawiłem do dalszej wegetacji, a ponadto z naszych wrocławskich ziemniaków wyciąłem kilka wyrostków i też je posadziłem. Wynik eksperymentu był taki, że z jednego posadzonego wyrostka wyrosło 8 ziemniaków, a ich łączny ciężar to 0,922 kg. W gniazdach wyrosłych z zakopywanych obierek wyniki były podobne. Moje doświadczenie ze zwykłymi wrocławskimi ziemniakami dowodzi, że akademik Cycyn niczego nie wyhodował, a jedynie wpadł na bardzo korzystny w tamtym czasie pomysł, aby zaobserwowane zjawisko przyrodnicze związane z rozwojem ziemniaka w umiejętny sposób wykorzystać we własnym interesie.
Cel uświęca środki
Minęło 70 lat, a sposoby myślenia różnych narodów szczególnie w metodach dochodzenia do władzy nic się nie zmieniły. Celem akademika Cycyna w tamtym syberyjskim systemie było raczej osiągnięcie prestiżu społecznego posługując się swoimi choć pożytecznymi, to jednak oszukańczymi osiągnięciami. Natomiast celem naszych kandydatów jest dorwanie się do „żłobu”. Jak zwykle, karmią wyborców składanymi obietnicami, o których realizacji zapominają z chwilą osiągnięcia celu. Można zatem zadać pytanie, jak w tych sytuacjach traktowany jest wyborca? Ale na to pytanie każdy wyborca niech już odpowie sobie sam.
Takie to były bezsporne korzyści
Jeżeli na obsadzenie 1ha potrzeba było 62500 sztuk ziemniaków, a ciężar każdego wahał się średnio w granicach 115 gramów, to w sumie trzeba było wysadzić 7187 kg. Wykorzystując do sadzenia same wyrostki ziemniaka wyhodowanego przez Cycyna, wystarczyło wysadzić tylko 1/3 tej wielkości (2396 kg), a pozostałe 2/3 (4720 kg) można było przeznaczyć do konsumpcji. Wyhodowane przez Cycyna ziemniaki były wtedy już znane i rozpowszechnione, więc na tego kandydata głosowano masowo i z zadowoleniem. Widziałem to na własne oczy, a utkwiło to tak bardzo w mojej pamięci między innymi i dlatego, że w tym dniu byłem umówiony na moją pierwszą w życiu randkę. Ponieważ dzień był słoneczny i stosunkowo ciepły, więc ubrałem się w czapkę „kubankę” i przysłany mi przez brata z frontu, oficerski płaszcz. I to właśnie było całe moje nieszczęście. Randka przedłużyła się do północy, mróz stężał, a ja wcale tego nie odczuwałem. Wynik randki był taki, że odmroziłem sobie uszy. Przez następny tydzień nie zdejmowałem w pracy czapki uszanki, aby ukryć spuchnięte i nasmarowane gęsim tłuszczem moje „ośle” uszy. Wracając do kraju w 1946 roku zabrałem ze sobą siedem takich unikalnych ziemniaków i w dniu przybycia do rodzinnego domu 20 czerwca niezwłocznie posadziłem w ogródku 6 ziemniaków (siódmy był zepsuty). Mimo późnego terminu sadzenia, w jesieni z tych 6 gniazd zebrałem 3,5 wiadra dorodnych ziemniaków. W następnych latach ziemniaki te rozpowszechniły się w całej bliższej i dalszej okolicy. Każdy gospodarz chciał je uprawiać dzięki ich dużej urodzajności. Mogłem wtedy nieźle na tym zarobić, ale w tym czasie zajmowałem się czymś innym. Musiałem przede wszystkim nadrobić straconych pięć lat szkolnej nauki.
Najnowsze spostrzeżenia i wynikające z nich wnioski
Od tamtych czasów minęło już 70 lat, a o dawnych zdarzeniach przypomniałem dzięki moim ostatnim spostrzeżeniom związanym z ziemniaczanym tematem. Otóż w swoim postępowaniu trzymam się zasady, że wszystko, co z ziemi wyszło, powinno do niej wrócić. Dlatego wszystkie odpadki, między innymi kuchenne, zakopuję w ogródku. Z zakopanych ziemniaczanych obierek wyrastają nadziemne łodygi ziemniaków. Zwykle je niszczę, ale w bieżącym roku w związku z wyborami w naszym kraju, przypomniały mi się tamte wybory syberyjskie i związany z nimi epizod ziemniaczany. Skojarzyłem ze sobą te wszystkie zdarzenia i ziemniaki wyrastające z obierek pozostawiłem do dalszej wegetacji, a ponadto z naszych wrocławskich ziemniaków wyciąłem kilka wyrostków i też je posadziłem. Wynik eksperymentu był taki, że z jednego posadzonego wyrostka wyrosło 8 ziemniaków, a ich łączny ciężar to 0,922 kg. W gniazdach wyrosłych z zakopywanych obierek wyniki były podobne. Moje doświadczenie ze zwykłymi wrocławskimi ziemniakami dowodzi, że akademik Cycyn niczego nie wyhodował, a jedynie wpadł na bardzo korzystny w tamtym czasie pomysł, aby zaobserwowane zjawisko przyrodnicze związane z rozwojem ziemniaka w umiejętny sposób wykorzystać we własnym interesie.
Cel uświęca środki
Minęło 70 lat, a sposoby myślenia różnych narodów szczególnie w metodach dochodzenia do władzy nic się nie zmieniły. Celem akademika Cycyna w tamtym syberyjskim systemie było raczej osiągnięcie prestiżu społecznego posługując się swoimi choć pożytecznymi, to jednak oszukańczymi osiągnięciami. Natomiast celem naszych kandydatów jest dorwanie się do „żłobu”. Jak zwykle, karmią wyborców składanymi obietnicami, o których realizacji zapominają z chwilą osiągnięcia celu. Można zatem zadać pytanie, jak w tych sytuacjach traktowany jest wyborca? Ale na to pytanie każdy wyborca niech już odpowie sobie sam.
I po co nam to było?
"Na złość mamie odmrożę sobie uszy"
Takich i podobnych powiedzonek ludowych mamy wiele nie tylko w naszym społecznym sposobie myślenia, ale również świadomie lub nieświadomie wykorzystujemy je w naszym praktycznym działaniu. Przykładem tego jest zachowanie się naszych polityków w czasie tak zwanej Pomarańczowej Rewolucji na kijowskim Majdanie w 2004 roku.
Efekty rewolucji na Majdanie
W wyniku tej rewolucji dorwał się do władzy Juszczenko w roli prezydenta, a Julia Tymoszenko usadowiła się na stanowisku premiera. W tym ich dążeniu do objęcia władzy dzielnie sekundowali nasi polscy parlamentarzyści i rządowi politycy z premierem i prezydentem na czele. Często wtedy ten Majdan odwiedzali i uczestników podtrzymywali na duchu. Jaki był w tym ich interes? Jaki był w tym interes naszego państwa? Czy rzeź wołyńska została przez nich całkowicie zapomniana? Rzeź, w której zbrodniarze z oddziałów Bandery wymordowali około 200 tysięcy bezbronnych członków polskich rodzin z niemowlętami i starcami włącznie. Oni tak samo postępowali nawet z polsko – ukraińskimi rodzinami mieszanymi. Czyżby nasi politycy mieli na uwadze inny tak bardzo wzniosły cel, że pamięć o rzezi wołyńskiej w porównaniu z tym celem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie? Tego niestety nie wiemy, ale za to wiemy, że konto bankowe Julii wzrosło o olbrzymie sumy dolarów, a Juszczenko rozpoczął stawianie pomników dla Banderowców i innych wodzów w bandach UPA z okresu wojny. Ukraina w tym czasie została całkowicie skorumpowana. Jak na tym tle należy oceniać naszych polityków popierających Pomarańczową Rewolucję? Skorumpowana władza Ukrainy poszła w odstawkę, a następnym prezydentem został Janukowycz, który z pozostałą zgrają oligarchów, podobnie przywłaszczyli sobie setki miliardów dolarów. Pobudowali sobie pałace w kraju i poza jego granicami, a Ukrainę doprowadzili przez to do ostatecznej ruiny. Inaczej mówiąc należy stwierdzić, że w Ukrainie działała banda złodziei i szubrawców, która miała na względzie wyłącznie własny interes, to znaczy osobiste bogacenie się kosztem narodu ukraińskiego.
Drugi Majdan
W końcu 2013 roku naród miał już dosyć takich rządów i postanowił wyzwolić się spod władzy konstytucyjnie wybranego prezydenta Janukowycza. Niestety, Majdan jednocześnie został opanowany przez potomków byłych Banderowców, których godłem jest swastyka i ostatecznie po ucieczce Janukowicza, oni wspólnie z oligarchami ponownie objęli władzę na Ukrainie zakazując jednocześnie używania języka rosyjskiego. Skutek tego był taki, że Krym, który w swoim czasie został podarowany Ukrainie przez Chruszczowa (Ukraińca), na drodze referendum wrócił ponownie do Rosji, a wschodnie rosyjskojęzyczne rejony nie uznając kijowskich władz, postanowiły usamodzielnić się pod nazwą "Noworosja". Na to władze kijowskie odpowiadają kpiąco: cóż to za państwo ta "Noworosja", z której mieszkańcy uciekają do Rosji, a przecież same są tego powodem ciągle ostrzeliwując i bombardując bombami fosforowymi domy tych mieszkańców i tym samym zmuszając ich do ucieczki. Natomiast samych zwolenników "Noworosji" nazywają separatystami, terrorystami i rebeliantami. Na temat tego, co dzieje się na wschodnich terenach Ukrainy dowiadujemy się z naszych mediów w postaci samych kłamstw i przeinaczeń, a gadające głowy w mediach ciągle tylko jątrzą.
Bezstronny obserwator
Bezstronny obserwator korzystający z różnych źródeł informacji doskonale wie kto za tym bajzlem stoi i jaki ma w tym interes. Są to przede wszystkim Stany Zjednoczone (nasz rzekomy wielki przyjaciel, który w swoim czasie przyczynił się do okrojenia terytorium polskiego na wschodzie i przekazania Polski w ręce Stalina. Obecnie ludność nawet małych państw sąsiednich jeździ do USA bez wiz, ale nas Polaków, jako najbliższych przyjaciół Stanów, wizy nadal obowiązują). Drugim sprzymierzeńcem jest UE, do której Ukraina zgłosiła chęć przynależenia, a wszelka ta działalność jest tylko środkiem pomocniczym skierowanym przeciwko Rosji w celu jej osłabienia. Działalność USA skierowana na wdrażanie na świecie amerykańskiej demokracji jest doskonale znana z takich działań w państwach, jak Wietnam, Korea, Irak i Afganistan, tylko kto chciałby się bawić w zapamiętywanie takich "mało znaczących szczegółów". Chyba mało kto zwrócił uwagę na to, że nowe władze Ukrainy, jakby w podzięce naszym politykom za poparcie ich na Majdanie, przez cały czas utrzymywały embargo na import polskiego mięsa. Ostatnio zaczęły przebąkiwać, że w ramach sankcji dla Rosji, zamkną rurociąg dostarczający gaz dla Europy. O czym to świadczy? A no tylko o tym, że Ukraina daje znać Europie czym to jej będzie groziło, zatem Unia nie powinna szczędzić miliardów euro na potrzeby Ukrainy. Jest to zwykły szantaż, a jeżeli tak, to warto się zastanowić nad zestrzelonym malezyjskim samolotem, tylko kłopot w tym, że on nie spadł na terytorium Rosji, a raczej powinien był tam spaść z punktu widzenia dobra Ukrainy.
Efekty nałożonych sankcji
Nasi politycy zaślepieni nienawiścią do Rosjan coraz intensywniej domagali się od Zachodu zwiększenia sankcji dla Rosji. Sankcje zostały zwiększone. Uważano, że to spowoduje osłabienie Rosji, ale stało się przeciwnie, ona wyjdzie z tego raczej wzmocniona. W większym stopniu będzie musiała wykorzystać swoje olbrzymie możliwości wytwórcze. Nie zapominajmy, że na Syberii są niewykorzystane olbrzymie połacie urodzajnej ziemi (zaludnienie, to 1 człowiek na 1 km kwadratowy), jako zesłaniec byłem tam przez 5 lat i widziałem to na własne oczy. Potrzebne jest tylko umaszynowienie i pełna mechanizacja rolnictwa ze względu na krótki okres wegetacji roślin. Rosja w odwecie ogłosiła embargo na mięso, owoce i warzywa z UE, Australii, USA, Norwegii i Kanady. Nasi producenci rolni biją teraz na alarm, co mają robić z takimi produktami uprzednio eksportowanymi do Rosji, jak mięso, jabłka, papryka, ogórki itp.? Kto im wyrówna tak olbrzymie straty? A poza tym nie zapominajmy, że na utracony rynek trudno będzie wrócić. Tam już jest Argentyna, Brazylia, Chiny i Indie. Ostatnio politycy (nie tylko nasi) zaczynają zachowywać się podobnie jak świnia, która dostała po ryju za zbyt agresywne zachowanie się przy korycie. W mediach daje się odczuć wielkie zdziwienie. Przedstawiciele naszego kraju dotąd wyjątkowo aktywni w sprawie Ukrainy, nawet nie zostali zaproszeni do udziału w rozmowach na jej temat prowadzonych przez cztery państwa. I po co nam to było wszystko w taki nierozsądny sposób rozgrywać? A do tego po co było jeszcze innych podjudzać?
Uwaga
Powyższy artykuł był już publikowany w Interii 360 w 2014 roku i był przeczytany przez 20778 czytelników. Ponadto przez Redakcję został uznany za najlepszy artykuł miesiąca sierpnia.
Takich i podobnych powiedzonek ludowych mamy wiele nie tylko w naszym społecznym sposobie myślenia, ale również świadomie lub nieświadomie wykorzystujemy je w naszym praktycznym działaniu. Przykładem tego jest zachowanie się naszych polityków w czasie tak zwanej Pomarańczowej Rewolucji na kijowskim Majdanie w 2004 roku.
Efekty rewolucji na Majdanie
W wyniku tej rewolucji dorwał się do władzy Juszczenko w roli prezydenta, a Julia Tymoszenko usadowiła się na stanowisku premiera. W tym ich dążeniu do objęcia władzy dzielnie sekundowali nasi polscy parlamentarzyści i rządowi politycy z premierem i prezydentem na czele. Często wtedy ten Majdan odwiedzali i uczestników podtrzymywali na duchu. Jaki był w tym ich interes? Jaki był w tym interes naszego państwa? Czy rzeź wołyńska została przez nich całkowicie zapomniana? Rzeź, w której zbrodniarze z oddziałów Bandery wymordowali około 200 tysięcy bezbronnych członków polskich rodzin z niemowlętami i starcami włącznie. Oni tak samo postępowali nawet z polsko – ukraińskimi rodzinami mieszanymi. Czyżby nasi politycy mieli na uwadze inny tak bardzo wzniosły cel, że pamięć o rzezi wołyńskiej w porównaniu z tym celem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie? Tego niestety nie wiemy, ale za to wiemy, że konto bankowe Julii wzrosło o olbrzymie sumy dolarów, a Juszczenko rozpoczął stawianie pomników dla Banderowców i innych wodzów w bandach UPA z okresu wojny. Ukraina w tym czasie została całkowicie skorumpowana. Jak na tym tle należy oceniać naszych polityków popierających Pomarańczową Rewolucję? Skorumpowana władza Ukrainy poszła w odstawkę, a następnym prezydentem został Janukowycz, który z pozostałą zgrają oligarchów, podobnie przywłaszczyli sobie setki miliardów dolarów. Pobudowali sobie pałace w kraju i poza jego granicami, a Ukrainę doprowadzili przez to do ostatecznej ruiny. Inaczej mówiąc należy stwierdzić, że w Ukrainie działała banda złodziei i szubrawców, która miała na względzie wyłącznie własny interes, to znaczy osobiste bogacenie się kosztem narodu ukraińskiego.
Drugi Majdan
W końcu 2013 roku naród miał już dosyć takich rządów i postanowił wyzwolić się spod władzy konstytucyjnie wybranego prezydenta Janukowycza. Niestety, Majdan jednocześnie został opanowany przez potomków byłych Banderowców, których godłem jest swastyka i ostatecznie po ucieczce Janukowicza, oni wspólnie z oligarchami ponownie objęli władzę na Ukrainie zakazując jednocześnie używania języka rosyjskiego. Skutek tego był taki, że Krym, który w swoim czasie został podarowany Ukrainie przez Chruszczowa (Ukraińca), na drodze referendum wrócił ponownie do Rosji, a wschodnie rosyjskojęzyczne rejony nie uznając kijowskich władz, postanowiły usamodzielnić się pod nazwą "Noworosja". Na to władze kijowskie odpowiadają kpiąco: cóż to za państwo ta "Noworosja", z której mieszkańcy uciekają do Rosji, a przecież same są tego powodem ciągle ostrzeliwując i bombardując bombami fosforowymi domy tych mieszkańców i tym samym zmuszając ich do ucieczki. Natomiast samych zwolenników "Noworosji" nazywają separatystami, terrorystami i rebeliantami. Na temat tego, co dzieje się na wschodnich terenach Ukrainy dowiadujemy się z naszych mediów w postaci samych kłamstw i przeinaczeń, a gadające głowy w mediach ciągle tylko jątrzą.
Bezstronny obserwator
Bezstronny obserwator korzystający z różnych źródeł informacji doskonale wie kto za tym bajzlem stoi i jaki ma w tym interes. Są to przede wszystkim Stany Zjednoczone (nasz rzekomy wielki przyjaciel, który w swoim czasie przyczynił się do okrojenia terytorium polskiego na wschodzie i przekazania Polski w ręce Stalina. Obecnie ludność nawet małych państw sąsiednich jeździ do USA bez wiz, ale nas Polaków, jako najbliższych przyjaciół Stanów, wizy nadal obowiązują). Drugim sprzymierzeńcem jest UE, do której Ukraina zgłosiła chęć przynależenia, a wszelka ta działalność jest tylko środkiem pomocniczym skierowanym przeciwko Rosji w celu jej osłabienia. Działalność USA skierowana na wdrażanie na świecie amerykańskiej demokracji jest doskonale znana z takich działań w państwach, jak Wietnam, Korea, Irak i Afganistan, tylko kto chciałby się bawić w zapamiętywanie takich "mało znaczących szczegółów". Chyba mało kto zwrócił uwagę na to, że nowe władze Ukrainy, jakby w podzięce naszym politykom za poparcie ich na Majdanie, przez cały czas utrzymywały embargo na import polskiego mięsa. Ostatnio zaczęły przebąkiwać, że w ramach sankcji dla Rosji, zamkną rurociąg dostarczający gaz dla Europy. O czym to świadczy? A no tylko o tym, że Ukraina daje znać Europie czym to jej będzie groziło, zatem Unia nie powinna szczędzić miliardów euro na potrzeby Ukrainy. Jest to zwykły szantaż, a jeżeli tak, to warto się zastanowić nad zestrzelonym malezyjskim samolotem, tylko kłopot w tym, że on nie spadł na terytorium Rosji, a raczej powinien był tam spaść z punktu widzenia dobra Ukrainy.
Efekty nałożonych sankcji
Nasi politycy zaślepieni nienawiścią do Rosjan coraz intensywniej domagali się od Zachodu zwiększenia sankcji dla Rosji. Sankcje zostały zwiększone. Uważano, że to spowoduje osłabienie Rosji, ale stało się przeciwnie, ona wyjdzie z tego raczej wzmocniona. W większym stopniu będzie musiała wykorzystać swoje olbrzymie możliwości wytwórcze. Nie zapominajmy, że na Syberii są niewykorzystane olbrzymie połacie urodzajnej ziemi (zaludnienie, to 1 człowiek na 1 km kwadratowy), jako zesłaniec byłem tam przez 5 lat i widziałem to na własne oczy. Potrzebne jest tylko umaszynowienie i pełna mechanizacja rolnictwa ze względu na krótki okres wegetacji roślin. Rosja w odwecie ogłosiła embargo na mięso, owoce i warzywa z UE, Australii, USA, Norwegii i Kanady. Nasi producenci rolni biją teraz na alarm, co mają robić z takimi produktami uprzednio eksportowanymi do Rosji, jak mięso, jabłka, papryka, ogórki itp.? Kto im wyrówna tak olbrzymie straty? A poza tym nie zapominajmy, że na utracony rynek trudno będzie wrócić. Tam już jest Argentyna, Brazylia, Chiny i Indie. Ostatnio politycy (nie tylko nasi) zaczynają zachowywać się podobnie jak świnia, która dostała po ryju za zbyt agresywne zachowanie się przy korycie. W mediach daje się odczuć wielkie zdziwienie. Przedstawiciele naszego kraju dotąd wyjątkowo aktywni w sprawie Ukrainy, nawet nie zostali zaproszeni do udziału w rozmowach na jej temat prowadzonych przez cztery państwa. I po co nam to było wszystko w taki nierozsądny sposób rozgrywać? A do tego po co było jeszcze innych podjudzać?
Uwaga
Powyższy artykuł był już publikowany w Interii 360 w 2014 roku i był przeczytany przez 20778 czytelników. Ponadto przez Redakcję został uznany za najlepszy artykuł miesiąca sierpnia.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Medialny wstrząs
Wśród „gadających głów” powstało wielkie oburzenie i zdziwienie, że „najważniejsze osoby w państwie” są podsłuchiwane. W ostatnich dniach pojawiły się w mediach taśmy z podsłuchami rozmów ludzi będących na wysokich stanowiskach w państwie. Powstała w mediach okazja do różnych interpretacji tego zdarzenia. Trudno powiedzieć, co jest przyczyną, że tak dziennikarze, jak i politycy w swoich wypowiedziach (zabarwionych chyba nadmiernymi emocjami), mylnie nazywają uczestników tych podsłuchanych rozmów. Wśród „gadających głów” powstało wielkie oburzenie i zdziwienie, że „najważniejsze osoby w państwie” są podsłuchiwane. Otóż podsłuchiwani byli dwaj ministrowie. NBP - Marek Belka i MSW - Bartłomiej Sienkiewicz. Chciałbym zapytać, czy to naprawdę są najważniejsze osoby w państwie? Uważam, że to bzdura! Nie ma wątpliwości, że to są osoby zajmujące najważniejsze stanowiska w państwie, ale nie są osobami najważniejszymi. Być osobą najważniejszą, a zajmować najważniejsze stanowisko, to jest ogromna różnica, nie ma tu tożsamości. A jednak te gadające głowy w mediach niezależnie skąd się wywodzą, z kręgów dziennikarskich czy z kręgów polityki, tego nie odróżniają. Zatem powinni oni raczej zbudować w stolicy piaskownicę i w niej się bawić, a rządzenie krajem pozostawić ludziom nie tylko lepiej do tego przygotowanym, ale również uczciwszym, umiejącym służyć narodowi, a naród powinien wiedzieć kogo do tej służby wybiera.
Dzisiaj jest 20 czerwca. To dokładnie jest 73 rocznica wywiezienia naszej rodziny na Syberię przez radzieckich funkcjonariuszy NKWD. Już wtedy zastanawiałem się kto był tym idiotą, który miał pomysł, aby wywozić tak wielkie masy ludzi, przeważnie kobiet i dzieci. Przecież to olbrzymi koszt samego tylko transportu, a korzyść z tego dla zleceniodawcy żadna. Chociaż było to głupie, ale było wykonywane, bo taki był rozkaz. Wykonywali z dwóch powodów. Wierzyli w słuszność rozkazu lub bali się konsekwencji za jego niewykonanie, mimo że po dwóch dniach niemieckie samoloty już krążyły nad Smoleńskiem. Pamiętam, jaki przed wojną był stosunek zwykłych ludzi do władzy kościelnej, jak stare kobiety przy każdej nadarzającej się okazji całowały młodego księdza w rękę. Mówiło się wtedy, że „każda władza pochodzi od Boga” i chyba w to wierzono. Dzisiaj wiemy, że niektórzy księża są pedofilami. Dzisiaj to już nie te czasy, a mimo wszystko mentalność ludzi mało się zmieniła.
Około 30 lat temu spotkałem na ulicy pracownika z poprzedniego zakładu, w którym z nim pracowałem i byłem jego przełożonym. Z radości związanej ze spotkaniem rozpłakał się i chciał mnie nawet pocałować w rękę. Mogę uwierzyć, że zrobił to ze względu na żywiony szacunek w stosunku do mojej osoby, ale próba całowania ręki, to już raczej skutek niezupełnego jeszcze dojścia do siebie po nocnej libacji. Nagrania z tego zdarzenia nie było, bo jaka by mogła być z niego korzyść?
Natomiast inne duże znaczenie i korzyść ma nagranie wysokich funkcjonariuszy państwowych. Świadczy o tym fakt, że media wokół tego zdarzenia robią tak wielki szum. Dziwne w tym jest jedynie to, że władze chcą koniecznie poznać sprawcę tych nagrań. Przecież nawet dla zwykłych obywateli kraju wszystko jest zrozumiałe. Jeżeli funkcjonariusze BOR-u podległego min. Sienkiewiczowi nie potrafili zapewnić ochrony swojemu przełożonemu, to jak oni mogą zapewnić ochronę rządowi? Ten fakt zupełnie dyskwalifikuje ministra i powinien on być natychmiast pozbawiony stanowiska. Rozpoznanie nagrań z rozmowy przeprowadzonej między oboma jej uczestnikami, to zupełnie inna sprawa i powinni oni być z niej rozliczeni oddzielnie. Tymczasem władze robią zupełnie niezrozumiały szum, jakby chciały w ten sposób ukryć swoją nieudolność. W wypowiedziach słyszy się, że nagranie to zamach na Polskę, ale na temat treści rozmów i ich uczestników cisza. To, co w dalszym ciągu dzieje się w kraju na tym tle, jest kompletną kompromitacją Polski na arenie międzynarodowej. Tak to oceniam i uważam, że w dalsze szczegóły problemu nie warto się zagłębiać.
niedziela, 28 grudnia 2008
Walonki

25.12.08 w wiadomościach programu pierwszego TVP poinformowano, że w Moskwie powstał pomnik walonka. Wspomniano również o Syberii i o tym, że tam bez walonków nie da się przeżyć. To prawda.
TV przedstawiła pomnik walonka, jako zwykłą i nieco dziwną wiadomość. Przy okazji pokazano pełne półki walonków w sklepach i na straganach. Towarzyszyła temu pokazowi nasza reporterka pani Barbara Włodarczyk.
Osobiście widzę to zupełnie inaczej. Pomnik walonka to wielki symbol, to hołd oddany trudowi ludzi wytwarzających te walonki, bez których życie na Syberii byłoby rzeczywiście niemożliwe i niemożliwe byłoby wydzieranie Naturze jej olbrzymich bogactw naturalnych tam się znajdujących.
Pokazywane w sklepie walonki jakoś mnie nie zachwyciły, bo ich wygląd był dosyć prymitywny.
W dawnych moich czasach syberyjskich sam zajmowałem się produkcją walonków. Nieskromnie dodam, że zostałem majstrem w tym zawodzie w wieku szesnastu lat, a moim mistrzem był wybitny specjalista Piotr Aleksiejewicz Machorin, który pochodził z Wiatki, a na Syberię przyjechał jeszcze w czasach carskich.
Ponieważ znam się na tym rzemiośle, więc postanowiłem dopisać nieco więcej informacji dla tych, co ich ten temat będzie interesował. Chociaż mam wątpliwości czy tacy się znajdą, bo nasz klimat nie nadaje się do noszenia tego rodzaju obuwia. Może zainteresować jedynie te osoby, które mają zamiar wybrać się na któryś z biegunów względnie na Alaskę lub do Kanady itp. O Syberii nie wspominam, bo ten region jest nam całkowicie politycznie obrzydzony, więc dobrowolnie nikt tam nie pojedzie, a tym bardziej zimą. A jest to kraj piękny i szczodrze obdarzony przez Naturę. Jedynie nie tak mrozy w zimie, jak krwiopijcze komary i włażące nawet do nosa i uszu meszki w lecie, mogą życie całkowicie obrzydzić nie tylko człowiekowi, ale także zwierzętom. Za to Sybiracy są narodem bardzo przyjaznym i wyjątkowo gościnnym. Ale o tym może innym razem.
Są dwa sposoby wytwarzania walonków: rzemieślniczy (kustarnyj) i fabryczny.
Wyrób w wykonaniu rzemieślniczym jest bardziej estetyczny i ma lepsze walory użyteczne pod względem utrzymywania ciepła.
Syberyjskie walonki czyli "pimy", wytwarzane sposobem rzemieślniczym znacznie różnią się kształtem od pokazanych w TV - są ładniejsze. Rzemieślnik je wytwarzający nazywa się "pimokat". Wytwarzanie walonków składa się z dwóch faz. Z lekkiej fazy - suchej i ciężkiej fazy - mokrej.
Rozróżnia się cztery podstawowe wielkości walonków ze względu na średnio zużywaną ilość gręplowanej wełny na ich wyprodukowanie. Męska para - 5 funtów, damska - 4 funty, młodzieżowa - 3 funty, a dziecięca - 2 funty. W praktyce bywają czasem dość duże odchylenia, np. męską parę można wykonać z 2,5 funtów wełny (tak zwane "cziosanki"). (1funt = 0,4 kg). Jednak jest to wykonanie znacznie trudniejsze, szczególnie w pierwszej fazie suchej, czyli w przygotowaniu tak zwanej "zagotówki".
Najważniejszym i najtrudniejszym zagadnieniem jest takie uformowanie zagotówki, aby podeszwa, obcas i zatylnik był odpowiednio grubszy od całości, a przejście z jednej grubości na drugą było odpowiednio płynne. Ponadto grubość cholewki też musi być odpowiednio płynnie stopniowana. Najtrudniejsze w tym jest to, że pomiaru wymienionych grubości dokonuje się w "ciemno", tylko przy pomocy dotyku, a dobre czucie w palcach uzyskuje się na drodze długich ćwiczeń. Wielkość zagotówki zależy od jakości wełny i jest dwa razy większa od wyrobu. Rozróżnia się wełnę zimową i letnią (to znaczy ze strzyży wiosennej i jesiennej). Jakość wełny ocenia się przy pomocy węchu, dotyku i próby filcowania w dłoniach. Czas potrzebny na wykonanie jednej pary walonków to średnio 12 godzin, zależnie od ich wielkości.
Wyrób walonków na Syberii był najwyżej cenionym i najlepiej opłacanym, ale również najcięższym zawodem. Jeżeli "pajok" każdej osoby pracującej wynosił 400 gramów chleba, to pimokaci otrzymywali - 800 gramów. Mieliśmy jeszcze jeden dodatkowy przywilej. Nie obowiązywała nas dyscyplina pracy. Mieliśmy pod tym względem swój własny system.
Poza tym za wykonanie od czasu do czasu tak zwanej “lewej” pary walonków poza formalną ewidencją, można było otrzymać jeden pud (16 kg) pszenicy lub 1kg topionego masła, względnie 2,5 litra samogonu.(Były tam w użyciu takie duże 2,5 litrowe butelki).
Przy tej okazji przedstawię jeden z trudniejszych dni związanych z moim zawodem pimokata. Wykonywałem parę walonków wzorcowych, coś w rodzaju pracy dyplomowej. Tak się tym przejąłem, że musiałem nieco dłużej pozostać w pracowni. Obmacywałem każdą zagotówkę ze wszystkich stron po kilka razy nim nabrałem przekonania, że właściwie już nic więcej nie ma do poprawienia. Uwiązałem obie zagotówki na sznurku i zatopiłem w beczce w wodnym roztworze kwasu siarkowego.
Ponieważ już mocno się ściemniło, więc uznałem, że nie warto iść do domu. Rozłożyłem swój kożuszek na stole, położyłem się na nim i zasnąłem. W nocy o godzinie trzeciej przyszli pracownicy, nagrzali wodę w kotle i mnie obudzili. Wydawało się, że dopiero zasnąłem, a już trzeba było wstawać i brać się za następną (mokrą) fazę obróbki. Wszystko przebiegało bardzo dobrze. Użyta wełna była dobrej jakości, więc mogłem skończyć robotę w ciągu czterech godzin. Pracowałem jednak dalej do pełnych pięciu. Walonki tak się zmniejszyły, że prawie pół godziny musiałem się męczyć nim zdołałem nabić je na kopyta (prawidła).
Nareszcie koniec, obmyłem się, nałożyłem koszulę i chciałem się ubrać, a tu powstał problem. Gdzie mój kożuszek? Przecież wczoraj go miałem, potem spałem na nim, a teraz nigdzie go nie ma. Przejrzeliśmy wszystkie półki. Znalazł się. Był złożony w kostkę włosiem na zewnątrz, owinięty był w płótno i leżał na półce. Dopiero teraz wszystko sobie przypomniałem, jak we śnie pracowałem nad walonkami. Nic mi nie wychodziło, wełna mi się rozłaziła i nic nie mogłem poradzić. Wreszcie okropnie zmęczony zawinąłem tę rozlazłą wełnę w płótno i położyłem na półkę. Było teraz jasne, że to wcale nie był zwyczajny sen. To był senny koszmar powstały na skutek psychicznego przemęczenia. Zamiast spać, to chyba w półśnie, przez prawie całą noc "maglowałem" swój kożuszek. Po wysłuchaniu mojego opowiadania zaproponowano, abym tego dnia do pracy już nie przychodził tylko do jutra dobrze się wyspał i przestał tak bardzo się przejmować pracą. Zaniosłem walonki do suszenia w piecu i zrobiłem sobie wolne do jutra rana. Rano walonki były już wysuszone. Powierzchnia walonków po wysuszeniu jest kosmata i ostatnia operacja polega na usunięciu tego owłosienia. Gdy są wykonane z czarnej wełny to wystarczy powierzchnię spryskać naftą i podpalić. Włoski się opalą i powierzchnia jest gładka. Natomiast gdy są wykonane z wełny białej, to trzeba je czyścić pumeksem i to trwa w przybliżeniu pięć razy dłużej. Moje były białe. Po oczyszczeniu wyjąłem kopyta, a długość cholewek wyrównałem przez obcięcie.
Zaczęło się oglądanie i ocenianie. Piotr Aleksiejewicz, największy w tym zakresie autorytet powiedział: “są tak dobrze zrobione, że nawet ja bym lepiej nie potrafił, od dzisiaj jesteś majstrem”. Na koniec dodał, że sam został majstrem dopiero po pięciu latach pracy. To doniosłe wydarzenie uczciliśmy wodą kolońską, której akurat mieliśmy w zapasie pół litra, jak się mówi na wszelki wypadek. Na Syberii woda kolońska nie była sprzedawana w małych opakowaniach w drogeriach, lecz jak na tak potężny kraj przystało, w normalnych sklepach i w półlitrowych butelkach. (Odiekołon rozcieńczony w wodzie ma barwę mleka).
Był to mój, jakby zawodowy chrzest bojowy i związane z nim przeżycie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jednak z okazji postawienia w Moskwie pomnika walonka, jako były pimokat musiałem ten artykuł napisać dla uczczenia tak doniosłego wydarzenia - szczególnie dla Sybiraków. Zaliczam się do nich, bo nie tylko ja, ale i mój (po kądzieli) pradziadek z dziadkiem też spędzili na Syberii dwadzieścia lat swego życia.
wtorek, 9 grudnia 2008
Zależności i ich skutki
To jest bardzo trudny temat, bo dotyczy nas samych i tych, co przyjdą po nas. Będzie tu mowa o rzeczach trudnych i nawet nieprzyjemnych, o zagadnieniach nie zawsze popularnych. Jednak o tym wszystkim trzeba mówić, szczególnie wtedy, gdy to może rzutować na naszą przyszłość, na jakość naszego życia i jak już wspomniałem, na tych, co przyjdą po nas.
W toastach wznoszonych przy okazjach świąt i przy różnych uroczystościach rodzinnych, często przewijają się tego rodzaju życzenia, „abyśmy zdrowi byli, żeby się nam długo żyło i żeby dobrze nam się powodziło”. Takich i podobnych życzeń ludzie składają sobie w życiu tysiące. Dobre życzenie przyjemnie jest usłyszeć, a tym bardziej cieszyć się z jego spełnienia. Tylko kłopot w tym, że życzenia rzadko się spełniają, jeżeli nie są poparte konkretnym działaniem wspierającym. O tym nie wolno zapominać.
Ludzie różnie do zagadnień życia podchodzą. Jedni mówią, że wszystko jest w rękach Boga. Inni mówią odwrotnie, swoje sprawy bierzmy w swoje ręce, nic o nas bez nas itp. Jeżeli mają rację ci, co mówią: każdy człowiek ma takie życie na jakie zasługuje, to od siebie dodam, i również ma takiego Boga na jakiego zasługuje. Jednemu Bóg błogosławi i całe jego życie, jak po maśle upływa w dostatku, na drugiego, co przez całe życie ma ciągłe kłopoty i żyje w nędzy, Bóg nawet nie chce spojrzeć, choć go usilnie o to prosi.
Nie mnie rozstrzygać kto tu ma rację, bo zagadnienie jest bardzo szerokie i bardziej skomplikowane, niż się komu może wydawać. Życie, jak wiadomo dają nam rodzice. Wprawdzie dożyliśmy już czasów, kiedy życie można otrzymać również z próbówki, można również życie klonować, ale jest to osobne zagadnienie i tak poważne, że nie mnie się z nim mierzyć i dlatego w moich rozważaniach zostanie ono całkowicie pominięte.
Rodzice dając potomstwu życie, przekazują mu również swoje genetyczne cechy nie zawsze pozytywne, jak również mogą przekazać dziedziczne skłonności do pewnych chorób i nieprawidłowości. Dziecko urodzone z pewnymi ułomnościami, wolałoby się nie narodzić, niż potem męczyć się przez całe życie, ale ono na to żadnego wpływu nie miało. Cała odpowiedzialność za decyzję poczęcia spoczywa na rodzicach i świadomość tego oraz odpowiedzialność powinna im towarzyszyć w czasie późniejszego wychowywania dziecka i jego utrzymywania. Żeby do takich przypadków nie dochodziło, albo żeby były one przynajmniej do pewnego stopnia ograniczone, każda rodzina powinna znać korzenie swojego rodu i dokładnie wiedzieć czym się charakteryzowali przodkowie. Powinna poznać korzenie rodu, to znaczy zbudować swoje drzewo genealogiczne.
Charakterystyka przodków powinna być brana pod uwagę przy kojarzeniu przyszłych par małżeńskich. Przed zawarciem związku małżeńskiego, oprócz innych wymogów, powinny być wymagane również obowiązkowe badania lekarskie. Wtedy może się okazać, że niektóre małżeństwa z określonych powodów nie powinny wydawać potomstwa, w drastyczniejszych przypadkach powinno być to nawet prawnie zakazane. Tego powinna wymagać tak zwana wyższa racja stanu. Przecież później koszt utrzymania tego niezdolnego do samodzielnego życia potomstwa, będzie musiał spaść na barki całego społeczeństwa, a można tu jeszcze zadać pytanie, w imię czego tak musi być?
Wiadomo, że byle jakie życie potrafi dać każdy nawet dureń, ale trzeba przedtem pomyśleć, kto później będzie to potomstwo wychowywał i jaki będzie tego efekt końcowy. Często nawet w zdrowych rodzinach zdarza się, że z różnych powodów, płód bywa krótko mówiąc ułomny, co łatwo można stwierdzić przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej, wtedy nie powinno być żadnej wątpliwości, co do konieczności usunięcia takiego płodu. Pod tym względem mamy z przeszłości bardzo drastyczne przykłady. Spartanie każde nowo narodzone dziecko dokładnie oglądali i w przypadku widocznych odchyleń od normy, dziecko było rzucane w przepaść. Takie było przez nich ustanowione prawo. Dzisiaj do takich praktyk na szczęście nikt nie musi sięgać, bo osiągnięcia współczesnej medycyny pozwalają rozpoznawać wszelkie odchylenia od normy już we wczesnym stadium płodowym.
Rozumiem, że w wielu rodzinach powstaną różne wątpliwości, każdy człowiek może mieć przecież na powyższy temat jakiś swój punkt widzenia, a tym bardziej kiedy dane zagadnienie może dotyczyć jego samego. Mogą też nasuwać się wątpliwości natury religijnej. Przykazanie boskie mówi nie zabijaj. Nie zabijaj, to znaczy nie rób tego ze swoich egoistycznych pobudek, nie rób tego bezmyślnie lub dla osiągnięcia własnych korzyści. Natomiast zapełnianie Ziemi niedorozwiniętymi, kalekimi dziećmi, zrodzonymi przez rodziców, których pewne organy w sposób dziedziczny uległy zdegenerowaniu, wcale nie musi być Bogu miłe. Przecież Bóg jest najwyższą doskonałością i człowieka stworzył na takie właśnie swoje podobieństwo.
Mamy na to biblijne przykłady, kiedy ludzie mocno się upodlili, a wiadomo że ludzie już ze swej natury mają do tego skłonności, i ich wizerunek zbyt mocno zaczął się różnić od pierwotnego wizerunku Boga, wtedy Bóg zesłał potop i zniszczył nie tylko całą ludzkość, ale również wszystko, co tylko na Ziemi żyło. W czasie późniejszym, gdy wśród mieszkańców Sodomy i Gomory nastąpiło łamanie prawa, rozwiązłość seksualna i powszechne zepsucie, wtedy Bóg zesłał na nich ogień i oba miasta zniszczył doszczętnie. Inaczej mówiąc Bóg zabijał, bo taka była wyższa konieczność. Bóg lubuje się w tym. co piękne i zdrowe. Tak mówi o tym Biblia.
5 Moj. 17:1
„Nie będziesz ofiarował Panu, Bogu swemu, cielca ani owcy, na których jest wada, jakikolwiek brak, gdyż jest to obrzydliwością dla Pana, Boga twego”. (BW)
Bóg żądał, aby składane na ofiarę zwierzęta były najwyższej jakości, nie nosiły na sobie znamion jakichkolwiek wad wrodzonych czy nabytych. Wszystkie musiały być zdrowe i piękne, takie jakimi je Bóg stworzył. Bóg dał również inne prawo, w którym wprost nakazuje zgodnie z nim postępować.
Rodz 9:6
„[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”. (BT)
Tymczasem człowiek w swoim zadufaniu, będąc ustawodawcą jakby chciał powiedzieć, Boże jestem lepszy od ciebie, Ty karzesz śmiercią, a ja tę karę śmierci znoszę. Może to zwykła asekuracja, może ustawodawca wiedząc, że jak inni ludzie, jest człowiekiem ułomnym, zabezpiecza się by sam kiedyś nie został zgładzony. W takim razie narodzie sam tego chciałeś, przecież wybrałeś takich swoich przedstawicieli, jakich chciałeś. Zatem słuszne jest twierdzenie, że masz taką władzę na jaką zasługujesz.
Jeżeli profesor prawa twierdzi, że nie wolno karać śmiercią, bo życie jest najwyższym dobrem człowieka, to chyba nie rozumie, co mówi, bo przecież zbrodniarz mordując człowieka, pozbawił go tego najwyższego dobra i za to profesor jakby w nagrodę chce zbrodniarzowi zapewnić dożywotnie beztroskie utrzymanie na koszt społeczeństwa (aud. program I PR 30.01.2001), tego społeczeństwa, które w tym czasie musi głodować z powodu braku pracy. Miliony bezrobotnych głodują, aby między innymi móc utrzymać przy życiu zbrodniarza, który zamordował człowieka. To nie prawo, to szczyt głupoty wybrańców ludu wyrażony w ustawie. Stąd ta nasza zagmatwana rzeczywistość. Zbrodniarz mordujący z premedytacją, bywa nawet wypuszczany z więzienia na przepustki. W tym czasie dokonuje dalszych gwałtów i morderstw. Potem odpowiednie służby bawią się w jego poszukiwanie, a cały naród musi pokrywać koszty tej bezmyślności.
Spróbujmy zastanowić się nad takim przykładem. Młody mężczyzna zostaje wcielony do wojska. Służenie ojczyźnie i obrona narodu w razie zagrożenia, do oddania życia włącznie, to jego święty obowiązek, a zarazem zaszczyt. Jest do tego odpowiednio szkolony. Za dobrą służbę w czasie jej trwania może otrzymywać przepustki i urlopy. Na wyżywienie żołnierza ustalana jest określona stawka.
A teraz inny przykład. Każdy przestępca, który złamał prawo lub będący nawet mordercą, zostaje złapany, osądzony i osadzony w więzieniu. Według tego, co pokazują media, siedzi w celi, ogląda telewizję, może nawet studiować. Też jak żołnierz za dobre sprawowanie otrzymuje przepustki, podczas których dokonuje dalszych przestępstw. O zgrozo! Odsiaduje karę za przestępstwo i otrzymuje przepustki, jak żołnierz za dobre sprawowanie. Jak się to wszystko ma do siebie, szczególnie gdy porównamy wojsko z więzieniem? Stawkę żywieniową więzień ma nawet wyższą od stawki żołnierza.
Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem obrońców praw człowieka. Dlaczego więzień nie pracuje, nie zarabia na pokrycie kosztów jego pobytu w więzieniu, nie zarabia na utrzymanie swojej rodziny, dlaczego nie zarabia na zadośćuczynienie dla ludzi przez niego pokrzywdzonych? Obrońcy takiego stanu powiedzą, że nie ma dla więźniów pracy, bo jest w kraju bezrobocie. Wśród innych pokutują jeszcze hasła socjalistyczne, że pracą nie można nikogo karać, bo praca jest zaszczytem. To już nic innego, jak tylko szczyt głupoty i hipokryzji. Praca może być jednym i drugim, ale nie każda praca, nie dla wszystkich i nie w każdych warunkach. Są również ludzie, dla których praca jest nawet hańbą. Oni wolą żyć na koszt społeczeństwa.
W takim razie w czasie, gdy jest bezrobocie, kiedy miliony porządnych ludzi nie mogą pracować aby utrzymać swoje rodziny, to w imię czego podatnicy i całe społeczeństwo musi dodatkowo utrzymywać zbrodniarza osadzonego na dożywocie, którego zresztą po 20 latach zwalniają warunkowo i on po wyjściu dalej robi to samo, za co był osadzony. Czy utrzymywanie zbrodniarza jest ważniejsze od stworzenia warunków do pracy i życia dla porządnych i uczciwych obywateli?
Miliony ludzi są w stanie ciągłego stresu w obawie o własne mienie i życie. Ale obrońcy praw człowieka tego nie widzą, oni z uporem bronią złodziei, bandytów i zbrodniarzy, aby się im nie daj Boże nie stała krzywda. Bo jak inaczej można interpretować zniesienie kary śmierci, wyposażanie cel więziennych w telewizory, wydawanie więźniom przepustek, utworzenie w więzieniu izb intymnych spotkań i podobnych udogodnień?
Stawiane tutaj pytania są w zasadzie chyba zbyteczne. Wszystko wynika z istniejącego prawa, a prawo mamy takie, na jakie zasługujemy.
W toastach wznoszonych przy okazjach świąt i przy różnych uroczystościach rodzinnych, często przewijają się tego rodzaju życzenia, „abyśmy zdrowi byli, żeby się nam długo żyło i żeby dobrze nam się powodziło”. Takich i podobnych życzeń ludzie składają sobie w życiu tysiące. Dobre życzenie przyjemnie jest usłyszeć, a tym bardziej cieszyć się z jego spełnienia. Tylko kłopot w tym, że życzenia rzadko się spełniają, jeżeli nie są poparte konkretnym działaniem wspierającym. O tym nie wolno zapominać.
Ludzie różnie do zagadnień życia podchodzą. Jedni mówią, że wszystko jest w rękach Boga. Inni mówią odwrotnie, swoje sprawy bierzmy w swoje ręce, nic o nas bez nas itp. Jeżeli mają rację ci, co mówią: każdy człowiek ma takie życie na jakie zasługuje, to od siebie dodam, i również ma takiego Boga na jakiego zasługuje. Jednemu Bóg błogosławi i całe jego życie, jak po maśle upływa w dostatku, na drugiego, co przez całe życie ma ciągłe kłopoty i żyje w nędzy, Bóg nawet nie chce spojrzeć, choć go usilnie o to prosi.
Nie mnie rozstrzygać kto tu ma rację, bo zagadnienie jest bardzo szerokie i bardziej skomplikowane, niż się komu może wydawać. Życie, jak wiadomo dają nam rodzice. Wprawdzie dożyliśmy już czasów, kiedy życie można otrzymać również z próbówki, można również życie klonować, ale jest to osobne zagadnienie i tak poważne, że nie mnie się z nim mierzyć i dlatego w moich rozważaniach zostanie ono całkowicie pominięte.
Rodzice dając potomstwu życie, przekazują mu również swoje genetyczne cechy nie zawsze pozytywne, jak również mogą przekazać dziedziczne skłonności do pewnych chorób i nieprawidłowości. Dziecko urodzone z pewnymi ułomnościami, wolałoby się nie narodzić, niż potem męczyć się przez całe życie, ale ono na to żadnego wpływu nie miało. Cała odpowiedzialność za decyzję poczęcia spoczywa na rodzicach i świadomość tego oraz odpowiedzialność powinna im towarzyszyć w czasie późniejszego wychowywania dziecka i jego utrzymywania. Żeby do takich przypadków nie dochodziło, albo żeby były one przynajmniej do pewnego stopnia ograniczone, każda rodzina powinna znać korzenie swojego rodu i dokładnie wiedzieć czym się charakteryzowali przodkowie. Powinna poznać korzenie rodu, to znaczy zbudować swoje drzewo genealogiczne.
Charakterystyka przodków powinna być brana pod uwagę przy kojarzeniu przyszłych par małżeńskich. Przed zawarciem związku małżeńskiego, oprócz innych wymogów, powinny być wymagane również obowiązkowe badania lekarskie. Wtedy może się okazać, że niektóre małżeństwa z określonych powodów nie powinny wydawać potomstwa, w drastyczniejszych przypadkach powinno być to nawet prawnie zakazane. Tego powinna wymagać tak zwana wyższa racja stanu. Przecież później koszt utrzymania tego niezdolnego do samodzielnego życia potomstwa, będzie musiał spaść na barki całego społeczeństwa, a można tu jeszcze zadać pytanie, w imię czego tak musi być?
Wiadomo, że byle jakie życie potrafi dać każdy nawet dureń, ale trzeba przedtem pomyśleć, kto później będzie to potomstwo wychowywał i jaki będzie tego efekt końcowy. Często nawet w zdrowych rodzinach zdarza się, że z różnych powodów, płód bywa krótko mówiąc ułomny, co łatwo można stwierdzić przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej, wtedy nie powinno być żadnej wątpliwości, co do konieczności usunięcia takiego płodu. Pod tym względem mamy z przeszłości bardzo drastyczne przykłady. Spartanie każde nowo narodzone dziecko dokładnie oglądali i w przypadku widocznych odchyleń od normy, dziecko było rzucane w przepaść. Takie było przez nich ustanowione prawo. Dzisiaj do takich praktyk na szczęście nikt nie musi sięgać, bo osiągnięcia współczesnej medycyny pozwalają rozpoznawać wszelkie odchylenia od normy już we wczesnym stadium płodowym.
Rozumiem, że w wielu rodzinach powstaną różne wątpliwości, każdy człowiek może mieć przecież na powyższy temat jakiś swój punkt widzenia, a tym bardziej kiedy dane zagadnienie może dotyczyć jego samego. Mogą też nasuwać się wątpliwości natury religijnej. Przykazanie boskie mówi nie zabijaj. Nie zabijaj, to znaczy nie rób tego ze swoich egoistycznych pobudek, nie rób tego bezmyślnie lub dla osiągnięcia własnych korzyści. Natomiast zapełnianie Ziemi niedorozwiniętymi, kalekimi dziećmi, zrodzonymi przez rodziców, których pewne organy w sposób dziedziczny uległy zdegenerowaniu, wcale nie musi być Bogu miłe. Przecież Bóg jest najwyższą doskonałością i człowieka stworzył na takie właśnie swoje podobieństwo.
Mamy na to biblijne przykłady, kiedy ludzie mocno się upodlili, a wiadomo że ludzie już ze swej natury mają do tego skłonności, i ich wizerunek zbyt mocno zaczął się różnić od pierwotnego wizerunku Boga, wtedy Bóg zesłał potop i zniszczył nie tylko całą ludzkość, ale również wszystko, co tylko na Ziemi żyło. W czasie późniejszym, gdy wśród mieszkańców Sodomy i Gomory nastąpiło łamanie prawa, rozwiązłość seksualna i powszechne zepsucie, wtedy Bóg zesłał na nich ogień i oba miasta zniszczył doszczętnie. Inaczej mówiąc Bóg zabijał, bo taka była wyższa konieczność. Bóg lubuje się w tym. co piękne i zdrowe. Tak mówi o tym Biblia.
5 Moj. 17:1
„Nie będziesz ofiarował Panu, Bogu swemu, cielca ani owcy, na których jest wada, jakikolwiek brak, gdyż jest to obrzydliwością dla Pana, Boga twego”. (BW)
Bóg żądał, aby składane na ofiarę zwierzęta były najwyższej jakości, nie nosiły na sobie znamion jakichkolwiek wad wrodzonych czy nabytych. Wszystkie musiały być zdrowe i piękne, takie jakimi je Bóg stworzył. Bóg dał również inne prawo, w którym wprost nakazuje zgodnie z nim postępować.
Rodz 9:6
„[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”. (BT)
Tymczasem człowiek w swoim zadufaniu, będąc ustawodawcą jakby chciał powiedzieć, Boże jestem lepszy od ciebie, Ty karzesz śmiercią, a ja tę karę śmierci znoszę. Może to zwykła asekuracja, może ustawodawca wiedząc, że jak inni ludzie, jest człowiekiem ułomnym, zabezpiecza się by sam kiedyś nie został zgładzony. W takim razie narodzie sam tego chciałeś, przecież wybrałeś takich swoich przedstawicieli, jakich chciałeś. Zatem słuszne jest twierdzenie, że masz taką władzę na jaką zasługujesz.
Jeżeli profesor prawa twierdzi, że nie wolno karać śmiercią, bo życie jest najwyższym dobrem człowieka, to chyba nie rozumie, co mówi, bo przecież zbrodniarz mordując człowieka, pozbawił go tego najwyższego dobra i za to profesor jakby w nagrodę chce zbrodniarzowi zapewnić dożywotnie beztroskie utrzymanie na koszt społeczeństwa (aud. program I PR 30.01.2001), tego społeczeństwa, które w tym czasie musi głodować z powodu braku pracy. Miliony bezrobotnych głodują, aby między innymi móc utrzymać przy życiu zbrodniarza, który zamordował człowieka. To nie prawo, to szczyt głupoty wybrańców ludu wyrażony w ustawie. Stąd ta nasza zagmatwana rzeczywistość. Zbrodniarz mordujący z premedytacją, bywa nawet wypuszczany z więzienia na przepustki. W tym czasie dokonuje dalszych gwałtów i morderstw. Potem odpowiednie służby bawią się w jego poszukiwanie, a cały naród musi pokrywać koszty tej bezmyślności.
Spróbujmy zastanowić się nad takim przykładem. Młody mężczyzna zostaje wcielony do wojska. Służenie ojczyźnie i obrona narodu w razie zagrożenia, do oddania życia włącznie, to jego święty obowiązek, a zarazem zaszczyt. Jest do tego odpowiednio szkolony. Za dobrą służbę w czasie jej trwania może otrzymywać przepustki i urlopy. Na wyżywienie żołnierza ustalana jest określona stawka.
A teraz inny przykład. Każdy przestępca, który złamał prawo lub będący nawet mordercą, zostaje złapany, osądzony i osadzony w więzieniu. Według tego, co pokazują media, siedzi w celi, ogląda telewizję, może nawet studiować. Też jak żołnierz za dobre sprawowanie otrzymuje przepustki, podczas których dokonuje dalszych przestępstw. O zgrozo! Odsiaduje karę za przestępstwo i otrzymuje przepustki, jak żołnierz za dobre sprawowanie. Jak się to wszystko ma do siebie, szczególnie gdy porównamy wojsko z więzieniem? Stawkę żywieniową więzień ma nawet wyższą od stawki żołnierza.
Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem obrońców praw człowieka. Dlaczego więzień nie pracuje, nie zarabia na pokrycie kosztów jego pobytu w więzieniu, nie zarabia na utrzymanie swojej rodziny, dlaczego nie zarabia na zadośćuczynienie dla ludzi przez niego pokrzywdzonych? Obrońcy takiego stanu powiedzą, że nie ma dla więźniów pracy, bo jest w kraju bezrobocie. Wśród innych pokutują jeszcze hasła socjalistyczne, że pracą nie można nikogo karać, bo praca jest zaszczytem. To już nic innego, jak tylko szczyt głupoty i hipokryzji. Praca może być jednym i drugim, ale nie każda praca, nie dla wszystkich i nie w każdych warunkach. Są również ludzie, dla których praca jest nawet hańbą. Oni wolą żyć na koszt społeczeństwa.
W takim razie w czasie, gdy jest bezrobocie, kiedy miliony porządnych ludzi nie mogą pracować aby utrzymać swoje rodziny, to w imię czego podatnicy i całe społeczeństwo musi dodatkowo utrzymywać zbrodniarza osadzonego na dożywocie, którego zresztą po 20 latach zwalniają warunkowo i on po wyjściu dalej robi to samo, za co był osadzony. Czy utrzymywanie zbrodniarza jest ważniejsze od stworzenia warunków do pracy i życia dla porządnych i uczciwych obywateli?
Miliony ludzi są w stanie ciągłego stresu w obawie o własne mienie i życie. Ale obrońcy praw człowieka tego nie widzą, oni z uporem bronią złodziei, bandytów i zbrodniarzy, aby się im nie daj Boże nie stała krzywda. Bo jak inaczej można interpretować zniesienie kary śmierci, wyposażanie cel więziennych w telewizory, wydawanie więźniom przepustek, utworzenie w więzieniu izb intymnych spotkań i podobnych udogodnień?
Stawiane tutaj pytania są w zasadzie chyba zbyteczne. Wszystko wynika z istniejącego prawa, a prawo mamy takie, na jakie zasługujemy.
wtorek, 2 grudnia 2008
Głębia świadomości
Zajrzyjmy w głąb naszej świadomości, w głąb tego ośrodka gdzie ona powstaje, gdzie się odbywa proces decyzyjny dotyczący wszystkich, tych wielkich i nawet tych najmniejszych problemów naszego ciała i naszej duszy. Gdy już tam przenikniemy i potrafimy dobrze się wsłuchać, to być może będziemy w stanie usłyszeć nawet głos naszego Stwórcy. Usłyszymy coś, co wcale nie będzie dla nas brzmiało przyjemnie.
Człowieku, powie Stwórca, stworzyłem cię na moje podobieństwo. Dałem ci w użytkowanie Ziemię i wszystko, co się na niej znajduje, abyś mądrze z tego korzystał. Dałem ci również wolną wolę, abyś czuł się wolny, niczym nie skrępowany, jako stworzenie specjalnie wyróżnione pośród innych stworzeń. Skoro więc jesteś podobny do mnie, to twoja wolna wola jestjednocześnie moją wolą. Miałeś mnie i swego bliźniego czcić i szanować tak, jak siebie samego. Miałeś nie łamać praw przyrody.
A co ty człowieku zrobiłeś z tym wszystkim, co ci dałem przecież nie na zawsze, ale tylko w doczesne użytkowanie? Stałeś się krnąbrny, zarozumiały, a niekiedy nawet podły. Siejesz dokoła siebie krzywdę i zniszczenie w imię jakichś wyższych celów. Miałeś nie mieć nikogo przede mną. Zastanów się czy dalej zasługujesz, aby być stworzeniem wyróżnionym do zarządzania tak wielkimi dobrami znajdującymi się na Ziemi?
Jesteś odpowiedzialny za wszystkie spustoszenia dokonane w przyrodzie, za jej zaśmiecenie, za zatrutą ziemię, wodę i powietrze, za skażenia nuklearne i jego skutki oraz inne klęski powstające z twojej przyczyny. Nie zwalaj wszystkiego, co złe na mnie, mówiąc, Bóg tak chciał, to dopust boży. Przecież to ja dałem ci rozum i wolną wolę, więc korzystając z nich, robisz wszystko na własny rachunek i tylko na swoją odpowiedzialność. Miej więc odwagę się przyznać do tego, co robisz źle. Niech wszyscy wiedzą komu rzeczywiście zawdzięczają to zło, które ich spotyka. Niech nie będą bierni, niech wreszcie zaczną rozliczać, niech przestaną się mną wyręczać mówiąc, Boże, patrzysz na to i nie grzmisz. Ja nie mogę spełniać milionów sprzecznych ze sobą próśb tylko dlatego, że proszący z powodu swego nieuctwa lub lenistwa chcą się mną wyręczać.
Zatem uważaj człowieku, abyś zniewalając innych, w przyszłości sam nie stał się niewolnikiem tego, co zacząłeś tworzyć w imię tych twoich tak zwanych wyższych racji. Puszysz się człowieku, jak indor do czasu, póki sam nie dostaniesz po łbie. Wtedy zwykle załamujesz ręce, szukasz mnie i wołasz, Boże przebacz mi. Nie musisz mnie szukać, jeżeli dobrze się przyjrzysz, to znajdziesz mnie w swoim bliźnim, którego skrzywdziłeś, a może nawet zniszczyłeś. Nie oczekuj zatem ode mnie przebaczenia, dopóki nie otrzymasz go od swego bliźniego, bo on czeka na naprawienie krzywdy, a jego wola jest także moją wolą. Przecież w nim mnie odnalazłeś, prawda? Zastanów się nad tym i wszystko dobrze przemyśl.
Tak dużo złego zrobiłeś na Ziemi, że mógłbym cię za karę zetrzeć w proch, ale nie zrobię tego, bo musiałbym wtedy zniszczyć również siebie. Przecież jesteś podobny do mnie, a wolna wola, którą posiadasz jest jednocześnie moją wolą. Musisz zatem wiedzieć, co to znaczy, przecież chyba masz jeszcze w głowie na tyle rozumu. Pamiętaj, ja ciebie nie zniszczę. Ty sam siebie zniszczysz, jeżeli dalej tak uporczywie będziesz podcinać gałąź, na której siedzisz. Wtedy razem z tobą zginie wszystko i nic na Ziemi nie pozostanie. Co do tego nie miej żadnych złudzeń. Wtedy nie będziesz mógł mieć już żadnej nadziei na cokolwiek......, przecież musisz wiedzieć, że nadzieja też zginie razem z tobą.
Człowieku, powie Stwórca, stworzyłem cię na moje podobieństwo. Dałem ci w użytkowanie Ziemię i wszystko, co się na niej znajduje, abyś mądrze z tego korzystał. Dałem ci również wolną wolę, abyś czuł się wolny, niczym nie skrępowany, jako stworzenie specjalnie wyróżnione pośród innych stworzeń. Skoro więc jesteś podobny do mnie, to twoja wolna wola jestjednocześnie moją wolą. Miałeś mnie i swego bliźniego czcić i szanować tak, jak siebie samego. Miałeś nie łamać praw przyrody.
A co ty człowieku zrobiłeś z tym wszystkim, co ci dałem przecież nie na zawsze, ale tylko w doczesne użytkowanie? Stałeś się krnąbrny, zarozumiały, a niekiedy nawet podły. Siejesz dokoła siebie krzywdę i zniszczenie w imię jakichś wyższych celów. Miałeś nie mieć nikogo przede mną. Zastanów się czy dalej zasługujesz, aby być stworzeniem wyróżnionym do zarządzania tak wielkimi dobrami znajdującymi się na Ziemi?
Jesteś odpowiedzialny za wszystkie spustoszenia dokonane w przyrodzie, za jej zaśmiecenie, za zatrutą ziemię, wodę i powietrze, za skażenia nuklearne i jego skutki oraz inne klęski powstające z twojej przyczyny. Nie zwalaj wszystkiego, co złe na mnie, mówiąc, Bóg tak chciał, to dopust boży. Przecież to ja dałem ci rozum i wolną wolę, więc korzystając z nich, robisz wszystko na własny rachunek i tylko na swoją odpowiedzialność. Miej więc odwagę się przyznać do tego, co robisz źle. Niech wszyscy wiedzą komu rzeczywiście zawdzięczają to zło, które ich spotyka. Niech nie będą bierni, niech wreszcie zaczną rozliczać, niech przestaną się mną wyręczać mówiąc, Boże, patrzysz na to i nie grzmisz. Ja nie mogę spełniać milionów sprzecznych ze sobą próśb tylko dlatego, że proszący z powodu swego nieuctwa lub lenistwa chcą się mną wyręczać.
Zatem uważaj człowieku, abyś zniewalając innych, w przyszłości sam nie stał się niewolnikiem tego, co zacząłeś tworzyć w imię tych twoich tak zwanych wyższych racji. Puszysz się człowieku, jak indor do czasu, póki sam nie dostaniesz po łbie. Wtedy zwykle załamujesz ręce, szukasz mnie i wołasz, Boże przebacz mi. Nie musisz mnie szukać, jeżeli dobrze się przyjrzysz, to znajdziesz mnie w swoim bliźnim, którego skrzywdziłeś, a może nawet zniszczyłeś. Nie oczekuj zatem ode mnie przebaczenia, dopóki nie otrzymasz go od swego bliźniego, bo on czeka na naprawienie krzywdy, a jego wola jest także moją wolą. Przecież w nim mnie odnalazłeś, prawda? Zastanów się nad tym i wszystko dobrze przemyśl.
Tak dużo złego zrobiłeś na Ziemi, że mógłbym cię za karę zetrzeć w proch, ale nie zrobię tego, bo musiałbym wtedy zniszczyć również siebie. Przecież jesteś podobny do mnie, a wolna wola, którą posiadasz jest jednocześnie moją wolą. Musisz zatem wiedzieć, co to znaczy, przecież chyba masz jeszcze w głowie na tyle rozumu. Pamiętaj, ja ciebie nie zniszczę. Ty sam siebie zniszczysz, jeżeli dalej tak uporczywie będziesz podcinać gałąź, na której siedzisz. Wtedy razem z tobą zginie wszystko i nic na Ziemi nie pozostanie. Co do tego nie miej żadnych złudzeń. Wtedy nie będziesz mógł mieć już żadnej nadziei na cokolwiek......, przecież musisz wiedzieć, że nadzieja też zginie razem z tobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

