niedziela, 13 kwietnia 2008

Komu należy zadać to pytanie?

Wiele jest przykładów, że w państwach małych, ludziom żyje się lepiej niż w państwach dużych i bogatych. Tym bardziej jeszcze większe zdziwienie budzi fakt, kiedy małe państwo pozbawione jakichkolwiek bogactw naturalnych ma 10.krotnie większy dochód na jednego mieszkańca, niż duże państwo dysponujące ogromnymi bogactwami naturalnymi.
Często w różnych sytuacjach, kiedy coś jest nam niejasne, czego nie możemy zrozumieć, rodzi się w nas pytanie, dlaczego tak jest? Ale od samego tylko postawienia pytania, niczego nie uzyskamy. Musimy wiedzieć komu to pytanie należy zadać. Kto jest kompetentny i będzie umiał dać na nie wyczerpującą odpowiedź. Względnie najlepiej postąpimy, gdy sami będziemy przynajmniej wiedzieli z jakiej literatury należy korzystać i sami spróbujemy zaspokoić naszą ciekawość.

Myślę jednak, że tu nie tylko będzie chodziło o zaspokojenie samej ciekawości. Zagadnienie ma podtekst głębszy, polegający na otrzymaniu odpowiedzi na konkretne pytanie. Dlaczego jednym żyje się lepiej, a innym gorzej lub zupełnie źle?
W tym przypadku, gdy chodzi o byt narodów w różnych państwach, a tym samym także i o nasz byt narodowy, odpowiedź jest trudna i wielowątkowa. Trudna dlatego, bo przecież musi się na nią złożyć wszystko, czym poszczególne narody dysponują, i jak potrafią ze swoich zasobów korzystać. Chodzi tu o zasoby nie tylko materialne, ale również o zasoby intelektualne, o wiedzę i doświadczenie oraz warunki i możliwości rozwoju narodowego pod każdym względem.

Jest to tak obszerne i skomplikowane, że nie wiem czy przeciętny człowiek potrafi chociaż częściowo temu zagadnieniu sprostać. Jednak na usprawiedliwienie dodam, że trudno od zwykłego zjadacza chleba wymagać rzeczy niemożliwych. Wymagać żeby mógł on podołać zagadnieniu, na które składa się wiedza i dorobek całych narodów w długich okresach dotyczących nawet wielu wieków.

Zatem przynajmniej częściowo jesteśmy usprawiedliwieni, ale tylko częściowo. Przecież poznawanie zagadnień związanych ze wszystkim, a szczególnie z tym, od czego zależy jakość naszego życia, jest naszym obowiązkiem. Tego nikt za nas nie może zrobić, to jest nasze prawo i zwykły ludzki obowiązek.
Natomiast ja osobiście w tym, co piszę, chcę tylko zwrócić uwagę na sam problem. Taki postawiłem sobie cel. Reszta jest w rękach wszystkich tych, którzy zechcą tymi ciekawymi zagadnieniami się zainteresować. W tym przypadku każdy z nas powinien pobudzić swoją wyobraźnię i do procesu poznawczego wprząc swoją wiedzę. Taką wiedzę, jaką posiada i tak, jak potrafi ją twórczo wykorzystać przy rozwiązywaniu tego rodzaju problemów.

Wydaje mi się, że problemem jest nie tylko wszystko to, co nas otacza, co się wokół nas dzieje. Problemem jesteśmy my sami. Problemem jest przede wszystkim człowiek, jako najważniejszy podmiot wśród istot żyjących na tym świecie. Trzeba właśnie zacząć od poznania człowieka czyli od samego siebie. To właśnie od nas pojedynczych ludzi, w pierwszej kolejności zależy nasz los i nasz byt.
Społeczeństwa i całe narody składają się przecież z jednostek różnych, dobrych i złych, mądrych i głupich, pracowitych i leniwych, zdolnych i umysłowo ociężałych, żyjących tylko dniem dzisiejszym i tych, co swoją wyobraźnią potrafią wybiegać w przyszłość nawet na kilka pokoleń, na kilka wieków.

Narody składają się z takich ludzi, co potrafią wytyczać nowe kierunki ich rozwoju i z takich, co tego nie potrafią, ale dorwawszy się do władzy i mając na względzie tylko swój własny interes, przynoszą tym narodom szkodę niszcząc wszystko to, co mogłoby nieść postęp i narodowy rozwój.
Jeszcze innym zagadnieniem jest człowiek z założenia prowadzący pasożytniczy tryb życia. Człowiek, który już zatracił swoje człowieczeństwo i żyje na koszt społeczeństwa nic w zamian społeczeństwu nie dając. To też jest warte głębszej analizy i znalezienia przyczyny powstawania tej patologii.

Rzecz jest w tym, żeby umieć prawidłowo odróżniać dobro od zła, umieć i chcieć wspierać rozwijanie się postępu, a tłumić i zapobiegać szerzeniu się wszystkiego, co jest wsteczne i hamujące postęp. Ponieważ wszystko to zależy bezpośrednio od ludzi, więc trzeba umieć ludzi oceniać i do władz kierowniczych wybierać tylko jednostki pozytywne, mające nieposzlakowaną opinię. Jednostki uprzednio sprawdzone w pozytywnej działalności na szczeblach niższych.
W ten oto sposób doszliśmy właściwie do jednego wniosku. Podstawowym źródłem dobrobytu czy ubóstwa człowieka jest sam człowiek. Człowiek taki, jaki jest, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, ze swoją mądrością i głupotą.

Aby już ostatecznie swoje wywody zawarte w tym artykule podsumować, muszę powiedzieć, że na to, jaki jestem, jaki jest mój wizerunek, pracuję przez całe życie, a życie mam takie, na jakie swoim postępowaniem zasłużyłem. To dotyczy nas wszystkich.
Mimo to, w dalszym ciągu znajdzie się jeszcze jakaś wątpliwość i zajdzie potrzeba zadania pytania „dlaczego”?, na które nie znajdziemy odpowiedzi. Właściwie to ją znamy tylko nie chcemy się do tego otwarcie przyznać, a dlaczego nie chcemy, to też każdy z nas doskonale wie.

niedziela, 16 marca 2008

Sługa Boży

W ostatnim czasie znowu odżyły w mediach sprawy związane z molestowaniem, ale dla odmiany nie dotyczą one kobiet i ich przełożonych na wysokich stanowiskach państwowych, lecz młodzieży oddanej w opiekę osobom duchownym.
Już w 2002 roku mówiło się, że na skutek kilku głośnych w świecie przypadków pedofilstwa wśród księży, papież Jan Paweł II nakazał biskupom wyszukiwać księży pedofilów i karać ich ekskomuniką niezależnie od tego, co robią świeckie organa ścigania. Jednak to kościelne ściganie miało być utajnione.

Jeżeli miało być utajnione, to powstaje pytanie dlaczego? Czy wykorzystywanie dzieci do czynów lubieżnych przez osoby duchowne nie jest takim samym obrzydliwym przestępstwem, jak dokonywanym przez świeckich zboczeńców i wykolejeńców? Nie przypuszczam, aby ksiądz dopuszczający się tak haniebnego czynu, miał być kimś lepszym. Wręcz przeciwnie, taki ksiądz tym bardziej powinien być publicznie napiętnowany. To on miał te małe owieczki wychowywać w duchu moralności chrześcijańskiej, a tymczasem wykorzystując ich zaufanie do siebie, jako osoby duchownej, molestował i wykorzystywał seksualnie. Nasuwa się tu tylko jedno słowo - ohyda.

Nie tak dawno głośno było w mediach na temat, że ksiądz arcybiskup molestował kleryków i młodych księży. Arcykapłan, jeden z wysokich hierarchów kościoła katolickiego był homoseksualistą.
Człowiek, który pod każdym względem powinien być wzorcem dla swoich braci w wierze i stale swoim zachowaniem świecić im przykładem, był karykaturą człowieka, był wprost zboczeńcem. Ostatnio głośno jest o księdzu będącym wychowawcą młodzieży, który do celów seksualnych wykorzystywał nieletnich chłopców.
Tacy duchowni już jako ludzie płci męskiej są pod każdym względem odwrotnością tego człowieka, jakiego Bóg stworzył na obraz i podobieństwo swoje. Przecież Bóg w stosunku do człowieka, jako do swojego dzieła miał zupełnie odmienne zamiary, niż to sobie niektórzy wymyślili.

Księga Rodzaju 1:28
Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. BT.

Tymczasem kościół ustanowił celibat, co jak widać jest zupełnym zaprzeczeniem tego, co napisano w Piśmie Świętym. Każdy kandydat wstępując do stanu duchownego wie, co na siebie przyjmuje i jakim warunkom będzie musiał sprostać. Natomiast jakie są tego rzeczywiste skutki, mamy wystarczająco dużo przykładów.
Kler twierdzi, że seks ma służyć wyłącznie prokreacji. Jeżeli tak, to należałoby z tego wysnuć następujący wniosek. Skoro księża „żyją w celibacie” i ich organy płciowe nie służą prokreacji, więc nie są im potrzebne. Mając jednak kłopoty z popędem płciowym, czy nie powinni zatem nawiązać do dawnej tradycji eunuchów? Wtedy już nikt nie mógłby powiedzieć, że są hipokrytami i zalecają innym to, czego sami nie przestrzegają.

Do stanu kapłańskiego nawet na bardzo wysokie stanowiska dostają się zboczeńcy. Wiem, że znajdą się i tacy, co w ich obronie powiedzą, że przecież każdy z nich to tylko człowiek.
Należy temu kategorycznie się sprzeciwić. To powinni być nie tylko ludzie będący dla innych przykładem, ale przede wszystkim być prawdziwymi sługami Bożymi, jakimi zresztą sami siebie mianują i każą się tak nazywać.
A co mamy w praktyce, jaka w klanie sług Bożych panuje atmosfera? Przecież nie stają się oni takimi zboczeńcami w ostatniej fazie swojej kariery. Musieli być takimi już od samego początku. Jak to się mogło zdarzyć, że przez wiele lat ich występki nie były wykrywane?

Wytłumaczenie może być proste i tylko jedno. Jest to środowisko mocno zintegrowane, a ponadto główną rolę spełnia tu tajemnica spowiedzi. Wzajemnie się spowiadają, wzajemnie się rozgrzeszają i wzajemnie wszystko utrzymują w tajemnicy. Stanowią zamknięty krąg ludzi żyjących własnym życiem, uchodzących za ludzi poświęconych służbie Bożej i jakby na ironię podających starym spracowanym kobietom swoją dłoń do ucałowania. “Ale jaja!”

P.S. Dla pewnej równowagi warto dodać troskliwą wypowiedź pewnego księdza w związku z naśnieżaniem skoczni w czasie jej przygotowywania do skoków narciarskich w Zakopanem.
„Sztuczne naśnieżanie to grzech, bo jest to działanie przeciw naturze. Wpływa na ocieplenie klimatu i tworzenie się dziury ozonowej”.
Jest to odkrywcze ostrzeżenie. Może być nawet swego rodzaju proroctwem, bo na pewno znajdą się tacy, co będą próbowali „grzech naśnieżania” łączyć z faktem wypadku czeskiego skoczka, jaki zdarzył się na skoczni w czasie konkursu Pucharu Świata w styczniu 2007 roku w Zakopanem.

Taniec czarownic

Ten taniec czarownic nie zaczął się w ostatnim czasie, on trwa już od wielu lat. To jest oszalały taniec głupoty z niemożnością. Raz uruchomiona orkiestra zamętu, ciągle gra. Nie ma nikogo kto by potrafił znaleźć lub znał klucz do zatrzymania tego głupiego, niszczycielskiego programu dewastacji gospodarki i rozkładu moralnego społeczeństwa. Naród dał się zwariować. Ulega ciągle agitacji prowadzonej przez gromadę różnej maści nieudaczników chcących zdobyć lub utrzymać władzę za wszelką cenę, nawet kosztem destabilizacji życia społecznego i gospodarczego kraju. Dlaczego tak się dzieje?

W swoim czasie można było usłyszeć wypowiedź „… dotyczy to Polaków i nas z Platformy Obywatelskiej.”
To nie był przypadek odosobniony. Z ust prominentnych polityków w czasie oficjalnych wystąpień ciągle słyszeliśmy takie wypowiedzi, jak na przykład: „Polacy tego od nas oczekują”, „Polacy na nas liczą”, „ nie możemy zawieść Polaków”, itp. Dlaczego nasi politycy nie używają na przykład takich określeń, jak: nasze społeczeństwo, nasi obywatele, nasi wyborcy itd.?
Czyżby to miało znaczyć, że my Polacy jesteśmy przez kogoś okupowani i wcale o tym nie wiemy?

Ostatnio przy wtórze „bełkotu” medialnego toczą się w naszym parlamencie szumnie nazywane debaty związane z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego. W rzeczywistości to nie są żadne debaty. To są targi nie wiadomo o co. To są popisy turniejowe pseudo harcowników. To jest marnej jakości ubaw, za który my podatnicy drogo płacimy. A przecież to jest takie zupełnie proste. Traktat był wcześniej wynegocjowany przez najwyższych przedstawicieli naszego państwa. Ustalono również, że w imieniu narodu będzie on ratyfikowany przez nasz parlament. Niech więc parlament do jasnej cholery robi to, co do niego należy. Niech przestanie urządzać szopki i zachowywać się, jak panna na wydaniu.

Do czego w rzeczywistości są zdolni nasi politycy niech świadczy cytat jednego z prominentnych polityków wypowiedziany z wielkim przekonaniem w czasie przemówienia do członków partii:
„Musimy wygrać walkę o drugą solidarność, walkę o samorządność. Walczcie i wygrywajcie, a ja będę trzymał za was kciuki”. Jeżeli potrafi on tylko trzymać kciuki i nic więcej, to czego naród może się po nim spodziewać?

Innym przykładem owocnej pracy naszych parlamentarzystów niech będzie następujący przykład.
Pamiętamy, jak w wyniku długotrwałej suszy, w kościołach zainicjowano na szeroką skalę modły o deszcz. Zrobili to dostojnicy kościelni i nie ma w tym nic dziwnego. Nasz kraj jest katolicki i kościół ma bardzo bliskie powiązania z niebem.

Jednak okazuje się, że nie mniejsze powiązania z niebem ma również nasz parlament, bo w przerwie swoich obrad, jakby chcąc współzawodniczyć z kościołem również zainicjował modły o deszcz w swojej parlamentarnej kaplicy. (TVP przekazała nawet ciekawy incydent z tym związany. Sekretarz obrad parlamentarnych kilkakrotnie „zacinał się” przy odczytywaniu stosownej informacji dotyczącej tych modłów).

Z tego wynika, że nasi parlamentarzyści, nasi politycy, którzy zostali przez naród wybrani, aby ustanawiali dobre prawo i uchwalali ustawy sprzyjające gospodarczemu rozwojowi kraju – nie chcą lub nie potrafią tego robić. Oni wolą raczej zdać się na wolę Bożą, wierząc, że Bóg wie najlepiej, co i kiedy ludziom jest potrzebne, a tym bardziej narodowi, który wg oficjalnych danych w 90% jest „wierzący”, a to znaczy bez reszty spełniający zalecenia duchowieństwa i jest wierny naukom Kościoła.

Ponieważ powszechnie wiadomo, że modlitwa nie wymaga żadnego wysiłku umysłowego, na który stać tylko niewielu, ani posiadania odpowiedniej wiedzy fachowej, niezbędnej przy podejmowaniu wszelkich decyzji gospodarczych, więc należy mocno się zastanowić, czy w ogóle w takiej sytuacji jest nam potrzebny jakikolwiek parlament składający się z ludzi bez odpowiedniego przygotowania fachowego i bez odpowiednio silnej woli potrzebnej do kierowania życiem gospodarczym kraju oraz wzięcia za to osobistej odpowiedzialności?
Wystarczy dać ludziom odpowiednie modlitewniki i niech się modlą o to, co im jest potrzebne. Jeżeli Bóg ich nie wysłucha, niech mają pretensję do siebie, bo niezbyt gorliwie się modlili, względnie nie zasłużyli na wysłuchanie ich próśb.

Zatem reasumując nie dziwmy się, że mamy tak zdecydowany pęd do władzy ludzi niekompetentnych. Któż by nie chciał być na świeczniku i dużo zarabiać bez żadnego wysiłku umysłowego, a tym bardziej w sytuacji, gdy nie ma on do tego odpowiednich predyspozycji. Kłopot jednak w tym, że takich chętnych jest zbyt wielu i naród może w pewnym momencie nie wytrzymać tak dużego obciążenia złożonego na jego barki. Aż strach pomyśleć, co wtedy może nastąpić? Chyba, że na to też znajdzie się odpowiednia modlitwa.

środa, 5 marca 2008

Kiedy „barbarzyństwo” jest „barbarzyństwem”?

W poczytnym miesięczniku „Pszczelarstwo” w nr 6 z 2007 roku na str. 10 zamieszczony jest artykuł pt. Bartnictwo wraca do łask”. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że swego czasu obrońcy przyrody (ekolodzy) podnosili w mediach wielki wrzask z powodu umieszczania na drzewach różnych ogłoszeń, mocowanych przy pomocy gwoździ. Wbijanie gwoździ w żywą tkankę drzewa nazywano wtedy barbarzyństwem.
Natomiast teraz w wymienionym artykule czytamy, że w Polsce dzianie barci w pniach różnych gatunków żywych drzew prowadzi się w puszczach i parkach narodowych. Polega to na wyciosaniu "schodków w drzewie", potem przy użyciu piły mechanicznej, dłut i skrobaków wycina się w pniu "klin wysokości około metra i szerokości kilkunastu centymetrów".
Dlatego nasuwa pytanie, czy to nie jest większe barbarzyństwo niż wbicie gwoździa w pień drzewa?
Po głębszym zastanowieniu się można odnieść wrażenie, że w sposobie myślenia i widzenia świata wśród naszego współczesnego społeczeństwa dzieje się coś niedobrego.

Tym bardziej staje się to dziwne, że "pomysł na reaktywowanie bartnictwa związany jest z działaniami międzynarodowej ekologicznej organizacji oraz przyrodników Towarzystwa Ornitologicznego". Mają w tym również swój udział opiekunowie naukowi, a są nimi profesorowie, których nazwisk ze zrozumiałych względów w tym miejscu nie wymienię.
Nasi naukowcy, specjaliści od pszczelarstwa, jeżeli rzeczywiście nie mają nic pożyteczniejszego do roboty i tak chętnie chcą wracać do tamtych lat rzemiosła bartniczego, to niech może również powrócą do "kurnej chaty" lub byłoby jeszcze lepiej, gdyby wrócili do czasów Świętej Inkwizycji i dali się spalić na stosie.

Wskrzeszanie bartnictwa choćby tylko w skali eksperymentalnej jest budowaniem pszczelarskiego dziwoląga, zresztą jednego z wielu innych, jakie ostatnio lęgną się w umysłach niektórych ludzi nie tylko w naszym kraju. Odtwarzanie bartnictwa nie jest żadnym eksperymentem i nie przesadzajmy, nic z takiego działania nie wyniknie i nie będzie ono miało dla pszczelarstwa żadnego znaczenia. Poza tym trudno zrozumieć dlaczego w artykule zachwala się miód bartny, jako doskonały? A już szczególne zdziwienie budzi fakt, że reaktywowanie bartnictwa związane jest z działaniami międzynarodowej organizacji ekologicznej i co to może mieć wspólnego z ekologią?

Napisałem tych kilka ostrych zdań dlatego, że jestem chyba uczulony na hipokryzję. Mam za sobą już bardzo dużo przeżytych lat i doskonale pamiętam, jak ekologiczni obrońcy unikalnych kwiatków kładli się na drodze uniemożliwiając dowóz materiałów niezbędnych do budowy zapory wodnej. Dla nich ważniejsze były wtedy kwiatki rosnące w dolinie przewidzianej w przyszłości do zalania wodą po wybudowaniu zapory, niż tysiące gospodarstw i domostw niszczonych w czasie powodzi.

Podobnym przykładem jest zaniechanie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu mimo poniesionych olbrzymich kosztów w czasie rozpoczętej już budowy. Przeciwnicy budowy tej elektrowni twierdzili, że chcą obronić kraj i naród przed ewentualną katastrofą ekologiczną, a przecież wszystkim w tym czasie było znane istnienie elektrowni atomowych wokół poza naszymi granicami. Dlaczego własna elektrownia atomowa ma być większym zagrożeniem niż elektrownia litewska czy czeska? Czy była to rzeczywista troska, czy może jakiś inny ukryty interes?

Jak wiemy, ostatnio zostało zawarte porozumienie na sprowadzanie do Polski energii elektrycznej wytwarzanej w litewskiej elektrowni atomowej. Należałoby się zastanowić, czy działania naszych ekologów są prawdziwymi działaniami w interesie naszego państwa i narodu, czy może tylko służą zaspokajaniu wybujałych ambicji niektórych przedstawicieli narodu. Poczekajmy jeszcze kilka lat, a na własnej skórze odczujemy skutki naszej głupoty, gdy będziemy musieli płacić kary za nadmierną emisję szkodliwych gazów do atmosfery.

Jako uzupełnienie dodam jeszcze ostatnio trwający od dłuższego czasu spór dotyczący budowy obwodnicy w dolinie Rospudy. Pozostaje zatem pytanie, do czego to wszystko może nas doprowadzić?
A jeżeli chcielibyśmy znaleźć krótką odpowiedź na zawarte w tytule pytanie, to jest tylko jedna i zawiera się w coraz powszechniejszym w użyciu twierdzeniu, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”.

czwartek, 21 lutego 2008

Dla kogo ten parasol?

Uchwala się ustawę o ochronie dóbr osobistych. Ma to być wielkie osiągnięcie gwarantujące obywatelowi nienaruszalność tego, co jest jego osobistą własnością.
A tak naprawdę, to co szary obywatel posiada takiego cennego, co trzeba by było chronić aż specjalną ustawą?

Otóż sprawa ma się zupełnie inaczej. Powstała kasta ludzi, którzy w sposób być może (nielegalny, złodziejski, czy może w wyniku różnych malwersacji gospodarczych) zdobyli duże majątki. Aby zagwarantować sobie pewność, że nikt nie będzie mógł wtrącać się w ich sprawy i ewentualnie zapytać skąd to wszystko mają, uchwalili dla siebie wspomnianą ustawę, która zapewniła im możliwość w dalszym ciągu w oczach społeczeństwa przedstawiania siebie, jako ludzi o nieposzlakowanej opinii.

Otumanione społeczeństwo nawet nie pomyślało skąd naraz powstało tak wielu właścicieli majątków ziemskich o powierzchniach ponad tysiąc hektarów? Skąd wzięli się właściciele dużych zakładów przemysłowych, a właściwie skąd ci właściciele wzięli pieniądze na zakupienie tych zakładów? Za jakie pieniądze ludzie zdobywają majątki i budują względnie wchodzą w posiadanie już istniejących pałaców dawnych właścicieli wywłaszczonych w czasie PRL – u? Przecież wszyscy ze starszego pokolenia doskonale wiedzą, że w czasach PRL - u właścicielem wszelkich dóbr było państwo, a obywatele mieli tylko wspólną biedę dzieloną wszystkim po równo. “Czy się stoi czy się leży - 2000 się należy”. Nikt nie miał prawa się bogacić, nie było do tego warunków.

Potem nastały czasy, “im gorzej tym lepiej”, a realizacji tego hasła sprzyjała fala strajków. Gospodarka stanęła nad przepaścią. Gdy powstała wolność i niezawisłość, doprowadzono gospodarkę do ostatecznej ruiny przez gwałtowne podniesienie oprocentowania kredytów. A wiadomo, że w tamtych czasach żadne przedsiębiorstwo (za małymi wyjątkami) nie dysponowało własnym kapitałem, wszystkie zyski były odprowadzane do budżetu. Zlikwidowano w podobny sposób PGR - y. Nastąpił krach gospodarczy, a bezrobocie, którego poprzednio nie było, wzrosło gwałtownie do 14 procent.

Wtedy powstało nowe hasło, “przedsiębiorstwo jest warte tyle, ile kupujący chce za nie zapłacić”. I tu zaczęły się możliwości wszelkiego rodzaju malwersacji. Doprowadzić zakład do ruiny, czasem tylko pozornej, i następnie za bezcen kupić.
Przykładem niech będzie czołowa pozycja inwestycyjna PRL - u, jaką była budowa Portu Północnego, budowanego wysiłkiem i wyrzeczeniami całego narodu przez wiele lat. Nagle okazało się, że to przedsiębiorstwo nie daje żadnych zysków, a wręcz odwrotnie, przynosi same kolosalne straty.

Mimo to znalazł się śmiałek, który „poświęcił się dla dobra kraju” i oczywiście na kredyt kupił tę ruinę. Najdziwniejsze w tym było to, że nowy właściciel potrafił w ciągu jednego roku osiągnąć zyski wystarczające do spłacenia zaciągniętego kredytu. Jak i czym da się wytłumaczyć ten paradoks? Ogromne przedsiębiorstwo generujące tylko straty, a po zmianie właściciela, w ciągu jednego roku przynosi zysk tej wielkości, co poprzednio przed zakupem wynosiła całkowita wartość tego przedsiębiorstwa.

Tak i w podobny sposób rodziły się fortuny w wolnej i niezawisłej Polsce. Widać, że było o co walczyć, tym bardziej, że robiło się to kosztem tak zwanej klasy panującej. Dla przypomnienia, kosztem tych, co początkowo głosili hasło “czy się stoi czy się leży - 2 tysiące się należy”, a potem powszechnie poparli hasło “im gorzej tym lepiej”.
W konsekwencji ta, (wg określenia Władysława Gomółki) klasa panująca, a teraz już należy powiedzieć, była klasa panująca, przeszła w dużej swej masie na zasiłek bezrobotnych i tzw. “kuroniówkę”, którą chyba w drodze podziękowania za oddane usługi, zaoferowała tak zwanej byłej klasie panującej - nowa klasa panująca.

Jak się tworzy(ła) historia?

Na sesji Dzielnicowej Rady Narodowej podjęto uchwałę dotyczącą likwidacji wszystkich gospodarczych komórek przydomowych na osiedlach peryferyjnych miasta. Uzasadnieniem podjętej uchwały, była dbałość o estetyczny wygląd miasta.

Historia to nie tylko te wielkie wydarzenia, jak przykładowo Bitwa pod Grunwaldem (15.07.1410), czy Odsiecz Wiedeńska (1683), ale również te maleńkie często pospolite zdarzenia, których ilość z czasem przechodzi w jakość i tworzy się zupełnie nowe, a czasem nawet wielkie wydarzenie.
To jest podobnie, jak czasem nieumyślnie lub celowo rzucony kamień w zimie na szczycie góry wywołuje lawinę śnieżną, która schodząc w dół niesie spustoszenie.
W obszernej książce „Kronika Polski” na 944 stronach znajdziemy odpowiedź na pytania, co zdarzyło się w naszym kraju w określonym czasie na tle zdarzeń w świecie, ale na pytanie, dlaczego tak się działo, odpowiedzi nie znajdziemy.
Szukanie odpowiedzi we własnym zakresie jest bardzo trudne, ale że jest możliwe, nie ma żadnych wątpliwości. Na dowód tego przedstawię jeden zdawałoby się drobny nic nieznaczący przykład, który moim zdaniem po pewnym czasie mógł mieć znaczący wpływ na urzędową podwyżkę cen mięsa, a podwyżka ta zapisana została w Kronice Polski pod datą 24.11.1967 roku.

Otóż na sesji Dzielnicowej Rady Narodowej podjęto uchwałę dotyczącą likwidacji wszystkich gospodarczych komórek przydomowych na osiedlach peryferyjnych miasta. Uzasadnieniem podjętej uchwały, była dbałość o estetyczny wygląd miasta.
Takie uzasadnienie nasuwa pewną wątpliwość, czy jest ono prawdziwe. Bo, co ma wspólnego estetyczny wygląd miasta z komórkami na odległych osiedlach peryferyjnych? Taka zdawałoby się niewinna uchwala mająca na celu wyłącznie rzekome doprowadzenie miasta do estetycznego wyglądu, spowodowała skutki wprost nieobliczalne. Mógł to być tylko przypadek, ale można również podejrzewać, że to nie był przypadek. Ktoś za tym wszystkim mógł stać i sterować z ukrycia w sposób zakamuflowany. To, co było robione przez jednych w dobrej wierze, mogło być w rzeczywistości realizacją wcześniej szczegółowo opracowanego przez kogoś strategicznego planu.

Przez likwidację komórek, pozbawiono wiele dziesiątek, a może nawet setek tysięcy rodzin samozaopatrzenia. Przestały te rodziny hodować kury, króliki, a nawet świnki.
A przecież podobne inicjatywy nie były działaniem tylko jednej Rady Narodowej w kraju. Takie inicjatywy wychodziły zwykle ze szczebla wyższego, a jeżeli nawet rodziły się na szczeblu niższym, to i tak musiały podlegać akceptacji przez szczebel wyższy, a następnie były rozpowszechniane na pozostałych szczeblach.

Komórki zlikwidowano i zaprzestano przydomowej hodowli. Wtedy dopiero ludzie zrozumieli, że hodowali w zasadzie z zamiłowania i z przyzwyczajenia, a ta ich działalność wcale nie była dla nich opłacalna z punktu widzenia wkładu pracy. Jednak mimo wszystko było to dla nich korzystne, bo mieli własne mięso niezależnie od jego podaży na rynku. Hodowla taka miała duże znaczenie w uzupełnieniu zbyt skąpego budżetu rodzinnego.

W tamtym czasie rzekomo w trosce o najuboższe masy, urzędową cenę chleba utrzymywano na bardzo niskim poziomie. Korzystali z tego na równi ubodzy i bogatsi. To był kompletny absurd. Dlatego istniało ogromne marnotrawstwo chleba. Kupowano go w nadmiarze, a nie zjedzony wyrzucano do kubłów na śmieci, potem trafiał na śmietniki. Póki istniała drobna hodowla, chleb ten był jej podstawą.
W ostateczności hodowlę zlikwidowano, o tyle zmniejszyła się ilość mięsa, którego na rynku zabrakło, chleba jeszcze więcej się marnowało, a w mediach w czasie żniw nadal przypominano ulubione hasło „każdy kłos na wagę złota”. Istna paranoja!
Ponieważ w efekcie takich głupich działań popyt na mięso stał się większy niż podaż, więc podniesiono ceny. Dalszy scenariusz wydarzeń można przeczytać w Kronice Polski.

Następowały kolejno powtarzające się w całym kraju fale strajków z takich i im podobnych powodów. Podwyżka cen była tylko początkowym pretekstem do różnych działań nękających bezpośrednio państwo, a pośrednio całe społeczeństwo. Jednak społeczeństwo zauroczone pokazywaną wizją zachodniego kapitalistycznego dobrobytu w większości przyklaskiwało tym wszystkim działaniom, mimo konieczności życia w coraz trudniejszych warunkach. Teraz już nie da się powiedzieć, że to był tylko zwykły przypadek i niezadowolenie społeczne było tylko aktem rozpaczy spowodowanym spadkiem poziomu życia mas pracujących. To był raczej wcześniej szczegółowo opracowany scenariusz wydarzeń.
Robiono wtedy wszystko, co było możliwe, aby jak najszybciej doprowadzić do coraz większego zubożenia i destabilizacji kraju, do wywołania przez to coraz większego społecznego niezadowolenia, a tym samym stworzenia warunków do zmiany ustroju.
Cel został osiągnięty i życie narodu uległo całkowitej zmianie, ale to jest już inna historia wykraczająca poza ramy przedstawionego przykładu. Ten artykuł napisałem specjalnie dla tych, co tamtych czasów nie mogą pamiętać, bo ich wtedy jeszcze nie było. W takim samym celu był również napisany poprzedni artykuł pt. „Z deszczu pod rynnę”. Napisałem to, co uważałem za stosowne, a jak to zostanie odczytane zależy wyłącznie od czytelników, od ich wyobraźni, sposobu myślenia oraz subiektywnego kojarzenia zdarzeń. Każdy z nas ma do tego niekwestionowane prawo.
Obecnie już mamy zmieniony ustrój i związaną z nim rzeczywistość. Od naszego parlamentu oczekujemy, by tworzył dobre prawo. Tymczasem debaty parlamentarne często przypominają nam „turnieje rycerskie”. Obywatele siedząc przed telewizorami oglądają to z rozbawieniem, jakby nie wiedzieli, że te igrzyska odbywają się ich kosztem, kosztem całego narodu, który sam wybrał tych „harcowników” w wolnych wyborach.

poniedziałek, 11 lutego 2008

„Z deszczu pod rynnę”

Przyjrzyjmy się ostatnio pokazywanym u nas amerykańskim filmom. Tam, jak chcą pokazać jakiegoś przygłupa, to często dają mu polskie nazwisko. Gdzie tu nasz honor narodowy? Nie pozwólmy drwić z naszego narodu!


W wyniku Drugiej Wojny Światowej powstały dwa wzajemnie ścierające się obozy - socjalistyczny i kapitalistyczny. Układ Jałtański umieścił nas w tym pierwszym, wcale nie pytając nas o zgodę. Jest to zwykła konsekwencja zasady, że silni manipulując słabszymi, wcale nie muszą ich o nic pytać, a słabsi muszą się podporządkować. Jakikolwiek sprzeciw był nie do pomyślenia, bo wiadomo jakie bywają skutki wynikające z niepodporządkowania się otrzymanym tak zwanym propozycjom nie do odparcia.

Nie miał na to żadnego wpływu fakt, że Polacy też walczyli z okupantem na obu koalicyjnych frontach, na wschodnim socjalistycznym i zachodnim kapitalistycznym. Na każdym z nich przyczyniali się do zwycięstwa. Natomiast gdzie przyszło im walczyć, na wschodzie czy na zachodzie, to przecież wcale nie zależało od ich przekonań i zapatrywań. Wszyscy wywodzili się z tych samych Polaków deportowanych do ZSRR po klęsce wrześniowej i tam byli zmobilizowani, jedni wcześniej, drudzy później. Większość spośród nich zgłaszała się ochotniczo. Zdarzało się, że jeden z braci walczył pod dowództwem Andersa, drugi pod dowództwem Berlinga. Czy to ma świadczyć, że jeden walczył o Polskę kapitalistyczną, a drugi o socjalistyczną? To nie był ich wybór, to był wynik powstałych warunków i możliwości, obaj walczyli o swoją normalną Polskę. Ich nie interesowała wizja Polski widziana przez wodzów. Oni przelewali krew, a jedynie wodzowie w podejmowanych działaniach widzieli swój interes osobisty lub reprezentowanego ugrupowania. Tego przykładem może być również Powstanie Warszawskie.

Po wojnie cały naród przez wiele lat musiał stolicę odbudowywać kosztem wielu wyrzeczeń w innych dziedzinach nie mniej ważnych. Kosztem opóźnienia odbudowy całego kraju, kosztem poziomu życia narodu. A że nie musiało tak być, wystarczy przyjrzeć się zachowaniu Czechosłowaków w tamtym okresie. Sceptycy zagraniczni mówili, że tak zniszczonego miasta to nawet w ciągu stu lat nie da się odbudować. No i pomylili się, a to dlatego, że oni nas wcale nie znają.
Jakim my jesteśmy narodem? Od wieków szczycimy się swoimi martwymi bohaterami. Szczytem bohaterstwa jest zginąć za ojczyznę. Kiedy mamy tę swoją ojczyznę, nie dbamy o jej rozkwit, ani o jej “potęgę”, ale gdy utracimy, chętnie za nią oddajemy swoje życie. Gdzie w tym jakaś logika? To jest tak, jak z tym przysłowiowym strażakiem, co to podpalił wieś, aby się móc wykazać w gaszeniu pożaru. Rzeczywiście, wykazał się w gaszeniu, został bohaterem i otrzymał medal. Natomiast z podpalenia nikt go nie rozliczył.

Co innego robi zagranica. Ona potrafi naszych Polaków, co się dla niej przysłużyli, docenić i dać nawet najwyższe światowe wyróżnienie, wcale nie zastanawiając się, jak wielkie były te zasługi. Dla niej liczy się tylko to, jakie ona z tego powodu uzyskała korzyści.
A jak to jest u nas? Czy dla przykładu taki Eugeniusz Kwiatkowski, co przed wojną między innymi zbudował Port Gdyński i Centralny Okręg Przemysłowy nie jest bohaterem? Chciałbym się mylić, ale czy ktoś postawił mu pomnik? Tak naprawdę to pomnik on sam sobie zbudował. Jest nim Gdynia i COP, ale kto o tym wie, o tym nie mówi się dzieciom w szkole.
Za to wiele się mówi o naszych tragicznych dziejach, o doznawanych krzywdach i potrzebie oddawania życia za ojczyznę. Zresztą po co ja to przypominam? Przecież każdy kto chodził do szkoły, sam o tym wie najlepiej, a przynajmniej powinien wiedzieć.

Po wojnie zgodnie z Układem Jałtańskim znaleźliśmy się w strefie wpływów ZSSR. Według jednych odzyskaliśmy niepodległość, a według drugich zniewolenie, bo ten ustrój wcale się im nie podobał. Nie to jest jednak tutaj najważniejsze. Ważne jest, jak ten okres potrafiliśmy wykorzystać, co potrafiliśmy w tym czasie zrobić.
Zrobiliśmy wiele, ale nie tyle i nie w taki sposób, jak to należało zrobić. Nic dziwnego, byliśmy w garści naszego “Wielkiego Brata”, który się nami “opiekował”. Jak wiadomo, a przynajmniej powinno być wiadomo, że każda opieka kosztuje. Nikt nikomu niczego nie robi za darmo. My byliśmy pomiędzy ZSRR i zachodnim kapitalizmem jakby pośrednikiem. To, czego Rosjanie nie mogli kupić na zachodzie z powodu embarga, kupowali za naszym pośrednictwem. W normalnych warunkach na pośrednictwie dobrze się zarabia, my natomiast ponosiliśmy wielkie straty.

Między innymi zbudowaliśmy olbrzymi przemysł stoczniowy oraz pracujący również na jego potrzeby przemysł ciężki. Dzięki temu mogliśmy budować statki, których głównym odbiorcą był Związek Radziecki. Czy jednak był to słuszny powód do dumy, zważywszy warunki na jakich się to odbywało?
Do budowanych statków musieliśmy kupować na zachodzie specjalistyczne nowoczesne wyposażenie za dolary. Aby mieć na ten cel - jak się wtedy mówiło - “tak cenne dewizy”, musieliśmy sprzedawać na zachód wszystko, co się dało, nawet po zaniżonych cenach.

To z tamtych czasów pochodzi hasło “każdy kłos na wagę złota” i powiedzenie “tak cenne dewizy” oraz inne głupie pomysły stworzone przez nawiedzonych ideologów.
Zatem mówiąc skrótowo należy stwierdzić, że budując statek zużywaliśmy ogromne ilości ton nisko przetworzonej stali i wysoko przetworzone wyposażenie zakupione za “cenne dewizy”. Potem za gotowy statek otrzymywaliśmy ruble, przy czym wartość rubla Rosjanie wyceniali na równą wartości dolara. Tak więc za wydane dolary na zakupienie wyposażenia dla statku otrzymywaliśmy taką samą ilość, ale rubli.
Umowy były tak sporządzane, że w przypadku niedotrzymania terminu przekazania statku płaciliśmy wysokie kary umowne. Przy wyjątkowo umiejętnym sposobie odbioru statku przez stronę rosyjską, przeważnie okazywało się, że terminy przekazania były mocno przekraczane i w rezultacie, gdy się wszystko dokładnie przeliczyło, to Rosjanie mieli statek prawie za darmo.
Za uzyskane ruble ze sprzedaży statku kupowaliśmy rosyjską rudę żelazną, gaz i ropę naftową po cenach dyktowanych przez Rosjan. Musieliśmy kupować tam i po takich cenach, bo przecież prócz krajów obozu socjalistycznego, gdzie indziej za ruble nic się nie dało kupić, bo nie były one przyjmowane. Tak się koło zamykało.
Sprzedawano duże ilości różnych towarów nawet ze stratą, aby tylko zdobyć dewizy. Za te dewizy kupowano wyposażenie do budowanych statków, potem sprzedawano zbudowane statki również ze stratą za ruble. Następnie za te ruble kupowano surowce, a przy ich przetwarzaniu zatruwano środowisko. Wszystko robiono tylko po to, żeby zaspokoić potrzeby i wymagania strategicznego „przyjaciela”.

W ten to sposób “Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się coraz lepiej”. Wszystko się rozwijało, tylko ciągle brakowało rąk do pracy i żeby zwiększać wydajność pracy stosowano cały arsenał zachęt. Między innymi szeroko rozwijano infrastrukturę socjalną i wszelkie formy opieki społecznej. Państwo stało się nadopiekuńcze. Jednak mimo tego narastały protesty społeczne w postaci wybuchających strajków.

W efekcie tych wszystkich działań nastąpił kompletny krach gospodarczy i bezwład organizacyjny państwa. W sposób bezkrwawy nastąpiła zmiana ustrojowa. Przestaliśmy budować świetlany socjalistyczny ustrój sprawiedliwości społecznej i zachłysnęliśmy się nowym ustrojem kapitalistycznym i wolną konkurencją. Odzyskaliśmy wolność i niepodległość. Powróciła wreszcie do nas, jak ją wielu nazwało Trzecia Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska.
Nowy ustrój przyniósł nowe sposoby myślenia i nowe sposoby działania. “Wszystko wolno, co nie jest zakazane prawem”.

W pierwszym rzędzie stworzono pułapkę kredytową, a przez to większość podmiotów gospodarczych straciła ciągłość kredytową. Zlikwidowano PGR y pod dobrym pretekstem, że jest to relikt socjalizmu przynoszący tylko straty gospodarce narodowej. Zaczęto prywatyzację mienia państwowego przede wszystkim przez jego upadłość.
Prawie wszystkie fabryki, które stanowiły konkurencję obcemu kapitałowi zostały wykupione i zlikwidowane. W wyniku podjętych działań, znalazło się w obcych rękach 80% polskich banków i około 40% zakładów przemysłowych. Handel zaczynają opanowywać super markety. Deficyt handlowy za 12 lat wyniósł około 80 miliardów zł. Staliśmy się rynkiem zbytu dla obcych towarów, a nasza produkcja tak rolna, jak i przemysłowa, nie ma na razie żadnych szans rozwoju. Skutkiem tego mieliśmy 18 procentowe bezrobocie nie wliczając w to bezrobocia ukrytego, które przecież nie da się zaprzeczyć, że istniało, tylko nie wiadomo, jakie były jego rozmiary.

Bankom i niektórym innym instytucjom użyteczności publicznej powodzi się dobrze, czego dowodem jest przesadne upiększanie swoich budynków przez obłożenie ich marmurowymi płytami. Do Polski napływa obcy kapitał spekulacyjny, któremu się opłaca kupować obligacje państwowe. Rośnie import - drastycznie spada eksport. Drogie kredyty hamują rozwój gospodarczy kraju. I tu nasuwa się pytanie, kto to robi i w czyim interesie, komu wreszcie to wszystko służy?
Jak z tego wszystkiego wynika, samodzielnie żyć chyba nie potrafimy, bo i warunków po temu w obecnym świecie nie ma. Z objęć jednego Brata wpadliśmy w objęcia drugiego Brata – międzynarodowego kapitału. Nie o to chodzi, który z Braci jest lepszy, tylko o świadomość, że mrówki hodują mszyce i nimi się opiekują tylko po to, żeby móc je potem doić!

Ludzie zacznijmy myśleć, przestańmy nawzajem się obrażać, używając z pewnym upodobaniem określenia “mądry Polak po szkodzie”. I bez tego okoliczne narody są przekonane, że tak jest naprawdę. Przyjrzyjmy się ostatnio pokazywanym u nas amerykańskim filmom. Tam, jak chcą pokazać jakiegoś przygłupa to często dają mu polskie nazwisko. Gdzie tu nasz honor narodowy, nie pozwólmy z siebie drwić. Ale tu niestety, sam protest nie wystarczy. Na to, żeby nas w świecie szanowano, trzeba długo i solidnie zapracować.

Na zakończenie tych wywodów dodam, że jak w czasie wojny często niepotrzebnie ludzie ginęli, szczególnie młodzież i przedwcześnie „dorosłe dzieci”, tak i teraz choć nie giną, to powoli więdną, jak jesienne liście drzew, a później jak drzewa cicho obumierają. Tylko od czasu do czasu wydają z siebie szelest trwogi o losy tych, co pozostaną i dalej będą decydować o przyszłości. Czy będą pamiętali o tych, co wcześniej przed nimi, kraj budowali z wielkim wysiłkiem i poświeceniem, a w potrzebie oddawali to, co mieli najdroższego - nawet swoje życie?!