niedziela, 28 grudnia 2008

Walonki



25.12.08 w wiadomościach programu pierwszego TVP poinformowano, że w Moskwie powstał pomnik walonka. Wspomniano również o Syberii i o tym, że tam bez walonków nie da się przeżyć. To prawda.
TV przedstawiła pomnik walonka, jako zwykłą i nieco dziwną wiadomość. Przy okazji pokazano pełne półki walonków w sklepach i na straganach. Towarzyszyła temu pokazowi nasza reporterka pani Barbara Włodarczyk.
Osobiście widzę to zupełnie inaczej. Pomnik walonka to wielki symbol, to hołd oddany trudowi ludzi wytwarzających te walonki, bez których życie na Syberii byłoby rzeczywiście niemożliwe i niemożliwe byłoby wydzieranie Naturze jej olbrzymich bogactw naturalnych tam się znajdujących.

Pokazywane w sklepie walonki jakoś mnie nie zachwyciły, bo ich wygląd był dosyć prymitywny.
W dawnych moich czasach syberyjskich sam zajmowałem się produkcją walonków. Nieskromnie dodam, że zostałem majstrem w tym zawodzie w wieku szesnastu lat, a moim mistrzem był wybitny specjalista Piotr Aleksiejewicz Machorin, który pochodził z Wiatki, a na Syberię przyjechał jeszcze w czasach carskich.

Ponieważ znam się na tym rzemiośle, więc postanowiłem dopisać nieco więcej informacji dla tych, co ich ten temat będzie interesował. Chociaż mam wątpliwości czy tacy się znajdą, bo nasz klimat nie nadaje się do noszenia tego rodzaju obuwia. Może zainteresować jedynie te osoby, które mają zamiar wybrać się na któryś z biegunów względnie na Alaskę lub do Kanady itp. O Syberii nie wspominam, bo ten region jest nam całkowicie politycznie obrzydzony, więc dobrowolnie nikt tam nie pojedzie, a tym bardziej zimą. A jest to kraj piękny i szczodrze obdarzony przez Naturę. Jedynie nie tak mrozy w zimie, jak krwiopijcze komary i włażące nawet do nosa i uszu meszki w lecie, mogą życie całkowicie obrzydzić nie tylko człowiekowi, ale także zwierzętom. Za to Sybiracy są narodem bardzo przyjaznym i wyjątkowo gościnnym. Ale o tym może innym razem.

Są dwa sposoby wytwarzania walonków: rzemieślniczy (kustarnyj) i fabryczny.
Wyrób w wykonaniu rzemieślniczym jest bardziej estetyczny i ma lepsze walory użyteczne pod względem utrzymywania ciepła.
Syberyjskie walonki czyli "pimy", wytwarzane sposobem rzemieślniczym znacznie różnią się kształtem od pokazanych w TV - są ładniejsze. Rzemieślnik je wytwarzający nazywa się "pimokat". Wytwarzanie walonków składa się z dwóch faz. Z lekkiej fazy - suchej i ciężkiej fazy - mokrej.
Rozróżnia się cztery podstawowe wielkości walonków ze względu na średnio zużywaną ilość gręplowanej wełny na ich wyprodukowanie. Męska para - 5 funtów, damska - 4 funty, młodzieżowa - 3 funty, a dziecięca - 2 funty. W praktyce bywają czasem dość duże odchylenia, np. męską parę można wykonać z 2,5 funtów wełny (tak zwane "cziosanki"). (1funt = 0,4 kg). Jednak jest to wykonanie znacznie trudniejsze, szczególnie w pierwszej fazie suchej, czyli w przygotowaniu tak zwanej "zagotówki".

Najważniejszym i najtrudniejszym zagadnieniem jest takie uformowanie zagotówki, aby podeszwa, obcas i zatylnik był odpowiednio grubszy od całości, a przejście z jednej grubości na drugą było odpowiednio płynne. Ponadto grubość cholewki też musi być odpowiednio płynnie stopniowana. Najtrudniejsze w tym jest to, że pomiaru wymienionych grubości dokonuje się w "ciemno", tylko przy pomocy dotyku, a dobre czucie w palcach uzyskuje się na drodze długich ćwiczeń. Wielkość zagotówki zależy od jakości wełny i jest dwa razy większa od wyrobu. Rozróżnia się wełnę zimową i letnią (to znaczy ze strzyży wiosennej i jesiennej). Jakość wełny ocenia się przy pomocy węchu, dotyku i próby filcowania w dłoniach. Czas potrzebny na wykonanie jednej pary walonków to średnio 12 godzin, zależnie od ich wielkości.
Wyrób walonków na Syberii był najwyżej cenionym i najlepiej opłacanym, ale również najcięższym zawodem. Jeżeli "pajok" każdej osoby pracującej wynosił 400 gramów chleba, to pimokaci otrzymywali - 800 gramów. Mieliśmy jeszcze jeden dodatkowy przywilej. Nie obowiązywała nas dyscyplina pracy. Mieliśmy pod tym względem swój własny system.
Poza tym za wykonanie od czasu do czasu tak zwanej “lewej” pary walonków poza formalną ewidencją, można było otrzymać jeden pud (16 kg) pszenicy lub 1kg topionego masła, względnie 2,5 litra samogonu.(Były tam w użyciu takie duże 2,5 litrowe butelki).

Przy tej okazji przedstawię jeden z trudniejszych dni związanych z moim zawodem pimokata. Wykonywałem parę walonków wzorcowych, coś w rodzaju pracy dyplomowej. Tak się tym przejąłem, że musiałem nieco dłużej pozostać w pracowni. Obmacywałem każdą zagotówkę ze wszystkich stron po kilka razy nim nabrałem przekonania, że właściwie już nic więcej nie ma do poprawienia. Uwiązałem obie zagotówki na sznurku i zatopiłem w beczce w wodnym roztworze kwasu siarkowego.
Ponieważ już mocno się ściemniło, więc uznałem, że nie warto iść do domu. Rozłożyłem swój kożuszek na stole, położyłem się na nim i zasnąłem. W nocy o godzinie trzeciej przyszli pracownicy, nagrzali wodę w kotle i mnie obudzili. Wydawało się, że dopiero zasnąłem, a już trzeba było wstawać i brać się za następną (mokrą) fazę obróbki. Wszystko przebiegało bardzo dobrze. Użyta wełna była dobrej jakości, więc mogłem skończyć robotę w ciągu czterech godzin. Pracowałem jednak dalej do pełnych pięciu. Walonki tak się zmniejszyły, że prawie pół godziny musiałem się męczyć nim zdołałem nabić je na kopyta (prawidła).

Nareszcie koniec, obmyłem się, nałożyłem koszulę i chciałem się ubrać, a tu powstał problem. Gdzie mój kożuszek? Przecież wczoraj go miałem, potem spałem na nim, a teraz nigdzie go nie ma. Przejrzeliśmy wszystkie półki. Znalazł się. Był złożony w kostkę włosiem na zewnątrz, owinięty był w płótno i leżał na półce. Dopiero teraz wszystko sobie przypomniałem, jak we śnie pracowałem nad walonkami. Nic mi nie wychodziło, wełna mi się rozłaziła i nic nie mogłem poradzić. Wreszcie okropnie zmęczony zawinąłem tę rozlazłą wełnę w płótno i położyłem na półkę. Było teraz jasne, że to wcale nie był zwyczajny sen. To był senny koszmar powstały na skutek psychicznego przemęczenia. Zamiast spać, to chyba w półśnie, przez prawie całą noc "maglowałem" swój kożuszek. Po wysłuchaniu mojego opowiadania zaproponowano, abym tego dnia do pracy już nie przychodził tylko do jutra dobrze się wyspał i przestał tak bardzo się przejmować pracą. Zaniosłem walonki do suszenia w piecu i zrobiłem sobie wolne do jutra rana. Rano walonki były już wysuszone. Powierzchnia walonków po wysuszeniu jest kosmata i ostatnia operacja polega na usunięciu tego owłosienia. Gdy są wykonane z czarnej wełny to wystarczy powierzchnię spryskać naftą i podpalić. Włoski się opalą i powierzchnia jest gładka. Natomiast gdy są wykonane z wełny białej, to trzeba je czyścić pumeksem i to trwa w przybliżeniu pięć razy dłużej. Moje były białe. Po oczyszczeniu wyjąłem kopyta, a długość cholewek wyrównałem przez obcięcie.

Zaczęło się oglądanie i ocenianie. Piotr Aleksiejewicz, największy w tym zakresie autorytet powiedział: “są tak dobrze zrobione, że nawet ja bym lepiej nie potrafił, od dzisiaj jesteś majstrem”. Na koniec dodał, że sam został majstrem dopiero po pięciu latach pracy. To doniosłe wydarzenie uczciliśmy wodą kolońską, której akurat mieliśmy w zapasie pół litra, jak się mówi na wszelki wypadek. Na Syberii woda kolońska nie była sprzedawana w małych opakowaniach w drogeriach, lecz jak na tak potężny kraj przystało, w normalnych sklepach i w półlitrowych butelkach. (Odiekołon rozcieńczony w wodzie ma barwę mleka).

Był to mój, jakby zawodowy chrzest bojowy i związane z nim przeżycie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jednak z okazji postawienia w Moskwie pomnika walonka, jako były pimokat musiałem ten artykuł napisać dla uczczenia tak doniosłego wydarzenia - szczególnie dla Sybiraków. Zaliczam się do nich, bo nie tylko ja, ale i mój (po kądzieli) pradziadek z dziadkiem też spędzili na Syberii dwadzieścia lat swego życia.

wtorek, 9 grudnia 2008

Zależności i ich skutki

To jest bardzo trudny temat, bo dotyczy nas samych i tych, co przyjdą po nas. Będzie tu mowa o rzeczach trudnych i nawet nieprzyjemnych, o zagadnieniach nie zawsze popularnych. Jednak o tym wszystkim trzeba mówić, szczególnie wtedy, gdy to może rzutować na naszą przyszłość, na jakość naszego życia i jak już wspomniałem, na tych, co przyjdą po nas.

W toastach wznoszonych przy okazjach świąt i przy różnych uroczystościach rodzinnych, często przewijają się tego rodzaju życzenia, „abyśmy zdrowi byli, żeby się nam długo żyło i żeby dobrze nam się powodziło”. Takich i podobnych życzeń ludzie składają sobie w życiu tysiące. Dobre życzenie przyjemnie jest usłyszeć, a tym bardziej cieszyć się z jego spełnienia. Tylko kłopot w tym, że życzenia rzadko się spełniają, jeżeli nie są poparte konkretnym działaniem wspierającym. O tym nie wolno zapominać.

Ludzie różnie do zagadnień życia podchodzą. Jedni mówią, że wszystko jest w rękach Boga. Inni mówią odwrotnie, swoje sprawy bierzmy w swoje ręce, nic o nas bez nas itp. Jeżeli mają rację ci, co mówią: każdy człowiek ma takie życie na jakie zasługuje, to od siebie dodam, i również ma takiego Boga na jakiego zasługuje. Jednemu Bóg błogosławi i całe jego życie, jak po maśle upływa w dostatku, na drugiego, co przez całe życie ma ciągłe kłopoty i żyje w nędzy, Bóg nawet nie chce spojrzeć, choć go usilnie o to prosi.

Nie mnie rozstrzygać kto tu ma rację, bo zagadnienie jest bardzo szerokie i bardziej skomplikowane, niż się komu może wydawać. Życie, jak wiadomo dają nam rodzice. Wprawdzie dożyliśmy już czasów, kiedy życie można otrzymać również z próbówki, można również życie klonować, ale jest to osobne zagadnienie i tak poważne, że nie mnie się z nim mierzyć i dlatego w moich rozważaniach zostanie ono całkowicie pominięte.

Rodzice dając potomstwu życie, przekazują mu również swoje genetyczne cechy nie zawsze pozytywne, jak również mogą przekazać dziedziczne skłonności do pewnych chorób i nieprawidłowości. Dziecko urodzone z pewnymi ułomnościami, wolałoby się nie narodzić, niż potem męczyć się przez całe życie, ale ono na to żadnego wpływu nie miało. Cała odpowiedzialność za decyzję poczęcia spoczywa na rodzicach i świadomość tego oraz odpowiedzialność powinna im towarzyszyć w czasie późniejszego wychowywania dziecka i jego utrzymywania. Żeby do takich przypadków nie dochodziło, albo żeby były one przynajmniej do pewnego stopnia ograniczone, każda rodzina powinna znać korzenie swojego rodu i dokładnie wiedzieć czym się charakteryzowali przodkowie. Powinna poznać korzenie rodu, to znaczy zbudować swoje drzewo genealogiczne.

Charakterystyka przodków powinna być brana pod uwagę przy kojarzeniu przyszłych par małżeńskich. Przed zawarciem związku małżeńskiego, oprócz innych wymogów, powinny być wymagane również obowiązkowe badania lekarskie. Wtedy może się okazać, że niektóre małżeństwa z określonych powodów nie powinny wydawać potomstwa, w drastyczniejszych przypadkach powinno być to nawet prawnie zakazane. Tego powinna wymagać tak zwana wyższa racja stanu. Przecież później koszt utrzymania tego niezdolnego do samodzielnego życia potomstwa, będzie musiał spaść na barki całego społeczeństwa, a można tu jeszcze zadać pytanie, w imię czego tak musi być?

Wiadomo, że byle jakie życie potrafi dać każdy nawet dureń, ale trzeba przedtem pomyśleć, kto później będzie to potomstwo wychowywał i jaki będzie tego efekt końcowy. Często nawet w zdrowych rodzinach zdarza się, że z różnych powodów, płód bywa krótko mówiąc ułomny, co łatwo można stwierdzić przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej, wtedy nie powinno być żadnej wątpliwości, co do konieczności usunięcia takiego płodu. Pod tym względem mamy z przeszłości bardzo drastyczne przykłady. Spartanie każde nowo narodzone dziecko dokładnie oglądali i w przypadku widocznych odchyleń od normy, dziecko było rzucane w przepaść. Takie było przez nich ustanowione prawo. Dzisiaj do takich praktyk na szczęście nikt nie musi sięgać, bo osiągnięcia współczesnej medycyny pozwalają rozpoznawać wszelkie odchylenia od normy już we wczesnym stadium płodowym.

Rozumiem, że w wielu rodzinach powstaną różne wątpliwości, każdy człowiek może mieć przecież na powyższy temat jakiś swój punkt widzenia, a tym bardziej kiedy dane zagadnienie może dotyczyć jego samego. Mogą też nasuwać się wątpliwości natury religijnej. Przykazanie boskie mówi nie zabijaj. Nie zabijaj, to znaczy nie rób tego ze swoich egoistycznych pobudek, nie rób tego bezmyślnie lub dla osiągnięcia własnych korzyści. Natomiast zapełnianie Ziemi niedorozwiniętymi, kalekimi dziećmi, zrodzonymi przez rodziców, których pewne organy w sposób dziedziczny uległy zdegenerowaniu, wcale nie musi być Bogu miłe. Przecież Bóg jest najwyższą doskonałością i człowieka stworzył na takie właśnie swoje podobieństwo.

Mamy na to biblijne przykłady, kiedy ludzie mocno się upodlili, a wiadomo że ludzie już ze swej natury mają do tego skłonności, i ich wizerunek zbyt mocno zaczął się różnić od pierwotnego wizerunku Boga, wtedy Bóg zesłał potop i zniszczył nie tylko całą ludzkość, ale również wszystko, co tylko na Ziemi żyło. W czasie późniejszym, gdy wśród mieszkańców Sodomy i Gomory nastąpiło łamanie prawa, rozwiązłość seksualna i powszechne zepsucie, wtedy Bóg zesłał na nich ogień i oba miasta zniszczył doszczętnie. Inaczej mówiąc Bóg zabijał, bo taka była wyższa konieczność. Bóg lubuje się w tym. co piękne i zdrowe. Tak mówi o tym Biblia.
5 Moj. 17:1
„Nie będziesz ofiarował Panu, Bogu swemu, cielca ani owcy, na których jest wada, jakikolwiek brak, gdyż jest to obrzydliwością dla Pana, Boga twego”. (BW)
Bóg żądał, aby składane na ofiarę zwierzęta były najwyższej jakości, nie nosiły na sobie znamion jakichkolwiek wad wrodzonych czy nabytych. Wszystkie musiały być zdrowe i piękne, takie jakimi je Bóg stworzył. Bóg dał również inne prawo, w którym wprost nakazuje zgodnie z nim postępować.
Rodz 9:6
„[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”. (BT)

Tymczasem człowiek w swoim zadufaniu, będąc ustawodawcą jakby chciał powiedzieć, Boże jestem lepszy od ciebie, Ty karzesz śmiercią, a ja tę karę śmierci znoszę. Może to zwykła asekuracja, może ustawodawca wiedząc, że jak inni ludzie, jest człowiekiem ułomnym, zabezpiecza się by sam kiedyś nie został zgładzony. W takim razie narodzie sam tego chciałeś, przecież wybrałeś takich swoich przedstawicieli, jakich chciałeś. Zatem słuszne jest twierdzenie, że masz taką władzę na jaką zasługujesz.

Jeżeli profesor prawa twierdzi, że nie wolno karać śmiercią, bo życie jest najwyższym dobrem człowieka, to chyba nie rozumie, co mówi, bo przecież zbrodniarz mordując człowieka, pozbawił go tego najwyższego dobra i za to profesor jakby w nagrodę chce zbrodniarzowi zapewnić dożywotnie beztroskie utrzymanie na koszt społeczeństwa (aud. program I PR 30.01.2001), tego społeczeństwa, które w tym czasie musi głodować z powodu braku pracy. Miliony bezrobotnych głodują, aby między innymi móc utrzymać przy życiu zbrodniarza, który zamordował człowieka. To nie prawo, to szczyt głupoty wybrańców ludu wyrażony w ustawie. Stąd ta nasza zagmatwana rzeczywistość. Zbrodniarz mordujący z premedytacją, bywa nawet wypuszczany z więzienia na przepustki. W tym czasie dokonuje dalszych gwałtów i morderstw. Potem odpowiednie służby bawią się w jego poszukiwanie, a cały naród musi pokrywać koszty tej bezmyślności.

Spróbujmy zastanowić się nad takim przykładem. Młody mężczyzna zostaje wcielony do wojska. Służenie ojczyźnie i obrona narodu w razie zagrożenia, do oddania życia włącznie, to jego święty obowiązek, a zarazem zaszczyt. Jest do tego odpowiednio szkolony. Za dobrą służbę w czasie jej trwania może otrzymywać przepustki i urlopy. Na wyżywienie żołnierza ustalana jest określona stawka.
A teraz inny przykład. Każdy przestępca, który złamał prawo lub będący nawet mordercą, zostaje złapany, osądzony i osadzony w więzieniu. Według tego, co pokazują media, siedzi w celi, ogląda telewizję, może nawet studiować. Też jak żołnierz za dobre sprawowanie otrzymuje przepustki, podczas których dokonuje dalszych przestępstw. O zgrozo! Odsiaduje karę za przestępstwo i otrzymuje przepustki, jak żołnierz za dobre sprawowanie. Jak się to wszystko ma do siebie, szczególnie gdy porównamy wojsko z więzieniem? Stawkę żywieniową więzień ma nawet wyższą od stawki żołnierza.

Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem obrońców praw człowieka. Dlaczego więzień nie pracuje, nie zarabia na pokrycie kosztów jego pobytu w więzieniu, nie zarabia na utrzymanie swojej rodziny, dlaczego nie zarabia na zadośćuczynienie dla ludzi przez niego pokrzywdzonych? Obrońcy takiego stanu powiedzą, że nie ma dla więźniów pracy, bo jest w kraju bezrobocie. Wśród innych pokutują jeszcze hasła socjalistyczne, że pracą nie można nikogo karać, bo praca jest zaszczytem. To już nic innego, jak tylko szczyt głupoty i hipokryzji. Praca może być jednym i drugim, ale nie każda praca, nie dla wszystkich i nie w każdych warunkach. Są również ludzie, dla których praca jest nawet hańbą. Oni wolą żyć na koszt społeczeństwa.

W takim razie w czasie, gdy jest bezrobocie, kiedy miliony porządnych ludzi nie mogą pracować aby utrzymać swoje rodziny, to w imię czego podatnicy i całe społeczeństwo musi dodatkowo utrzymywać zbrodniarza osadzonego na dożywocie, którego zresztą po 20 latach zwalniają warunkowo i on po wyjściu dalej robi to samo, za co był osadzony. Czy utrzymywanie zbrodniarza jest ważniejsze od stworzenia warunków do pracy i życia dla porządnych i uczciwych obywateli?

Miliony ludzi są w stanie ciągłego stresu w obawie o własne mienie i życie. Ale obrońcy praw człowieka tego nie widzą, oni z uporem bronią złodziei, bandytów i zbrodniarzy, aby się im nie daj Boże nie stała krzywda. Bo jak inaczej można interpretować zniesienie kary śmierci, wyposażanie cel więziennych w telewizory, wydawanie więźniom przepustek, utworzenie w więzieniu izb intymnych spotkań i podobnych udogodnień?
Stawiane tutaj pytania są w zasadzie chyba zbyteczne. Wszystko wynika z istniejącego prawa, a prawo mamy takie, na jakie zasługujemy.

wtorek, 2 grudnia 2008

Głębia świadomości

Zajrzyjmy w głąb naszej świadomości, w głąb tego ośrodka gdzie ona powstaje, gdzie się odbywa proces decyzyjny dotyczący wszystkich, tych wielkich i nawet tych najmniejszych problemów naszego ciała i naszej duszy. Gdy już tam przenikniemy i potrafimy dobrze się wsłuchać, to być może będziemy w stanie usłyszeć nawet głos naszego Stwórcy. Usłyszymy coś, co wcale nie będzie dla nas brzmiało przyjemnie.
Człowieku, powie Stwórca, stworzyłem cię na moje podobieństwo. Dałem ci w użytkowanie Ziemię i wszystko, co się na niej znajduje, abyś mądrze z tego korzystał. Dałem ci również wolną wolę, abyś czuł się wolny, niczym nie skrępowany, jako stworzenie specjalnie wyróżnione pośród innych stworzeń. Skoro więc jesteś podobny do mnie, to twoja wolna wola jestjednocześnie moją wolą. Miałeś mnie i swego bliźniego czcić i szanować tak, jak siebie samego. Miałeś nie łamać praw przyrody.
A co ty człowieku zrobiłeś z tym wszystkim, co ci dałem przecież nie na zawsze, ale tylko w doczesne użytkowanie? Stałeś się krnąbrny, zarozumiały, a niekiedy nawet podły. Siejesz dokoła siebie krzywdę i zniszczenie w imię jakichś wyższych celów. Miałeś nie mieć nikogo przede mną. Zastanów się czy dalej zasługujesz, aby być stworzeniem wyróżnionym do zarządzania tak wielkimi dobrami znajdującymi się na Ziemi?

Jesteś odpowiedzialny za wszystkie spustoszenia dokonane w przyrodzie, za jej zaśmiecenie, za zatrutą ziemię, wodę i powietrze, za skażenia nuklearne i jego skutki oraz inne klęski powstające z twojej przyczyny. Nie zwalaj wszystkiego, co złe na mnie, mówiąc, Bóg tak chciał, to dopust boży. Przecież to ja dałem ci rozum i wolną wolę, więc korzystając z nich, robisz wszystko na własny rachunek i tylko na swoją odpowiedzialność. Miej więc odwagę się przyznać do tego, co robisz źle. Niech wszyscy wiedzą komu rzeczywiście zawdzięczają to zło, które ich spotyka. Niech nie będą bierni, niech wreszcie zaczną rozliczać, niech przestaną się mną wyręczać mówiąc, Boże, patrzysz na to i nie grzmisz. Ja nie mogę spełniać milionów sprzecznych ze sobą próśb tylko dlatego, że proszący z powodu swego nieuctwa lub lenistwa chcą się mną wyręczać.

Zatem uważaj człowieku, abyś zniewalając innych, w przyszłości sam nie stał się niewolnikiem tego, co zacząłeś tworzyć w imię tych twoich tak zwanych wyższych racji. Puszysz się człowieku, jak indor do czasu, póki sam nie dostaniesz po łbie. Wtedy zwykle załamujesz ręce, szukasz mnie i wołasz, Boże przebacz mi. Nie musisz mnie szukać, jeżeli dobrze się przyjrzysz, to znajdziesz mnie w swoim bliźnim, którego skrzywdziłeś, a może nawet zniszczyłeś. Nie oczekuj zatem ode mnie przebaczenia, dopóki nie otrzymasz go od swego bliźniego, bo on czeka na naprawienie krzywdy, a jego wola jest także moją wolą. Przecież w nim mnie odnalazłeś, prawda? Zastanów się nad tym i wszystko dobrze przemyśl.

Tak dużo złego zrobiłeś na Ziemi, że mógłbym cię za karę zetrzeć w proch, ale nie zrobię tego, bo musiałbym wtedy zniszczyć również siebie. Przecież jesteś podobny do mnie, a wolna wola, którą posiadasz jest jednocześnie moją wolą. Musisz zatem wiedzieć, co to znaczy, przecież chyba masz jeszcze w głowie na tyle rozumu. Pamiętaj, ja ciebie nie zniszczę. Ty sam siebie zniszczysz, jeżeli dalej tak uporczywie będziesz podcinać gałąź, na której siedzisz. Wtedy razem z tobą zginie wszystko i nic na Ziemi nie pozostanie. Co do tego nie miej żadnych złudzeń. Wtedy nie będziesz mógł mieć już żadnej nadziei na cokolwiek......, przecież musisz wiedzieć, że nadzieja też zginie razem z tobą.

niedziela, 30 listopada 2008

Dobór naturalny i ciągłość pokoleniowa

W pierwszym rzędzie należy sobie zadać pytanie, czy wydanie potomstwa jest przywilejem, wolną wolą, czy może obowiązkiem poszczególnych członków społeczeństwa?
To zależy z jakiego punktu widzenia na to patrzymy. Można na to spojrzeć z punktu widzenia kościoła, państwa lub zachowania ciągłości pokoleniowej rodziny itd. Punkty widzenia wymienionych instytucji na pewno będą różne, bo stawiane przez nie cele też nie są jednakowe. Nawet punkty widzenia na to zagadnienie samych tylko rodzin, będą się bardzo różniły od siebie w zależności od okoliczności i sytuacji życiowych poszczególnych rodzin.

Otóż zachowanie gatunku jest podstawowym i niezaprzeczalnym prawem każdej istoty żywej. Jest to zakodowane w genach poszczególnych istot żywych i niezależne od ich świadomości. Jest to wrodzony instynkt nie mający nic wspólnego ze świadomością nawet tych osobników, które świadomość posiadają.
Następnym prawem jest dobór naturalny, dzięki któremu szansę przetrwania mają tylko osobniki najsilniejsze, najlepiej przystosowane do warunków w jakich żyją. Ogólnie w przyrodzie występuje selekcja naturalna. Słabe organizmy giną z różnych powodów i w różnych stadiach swego rozwoju. Tylko osobniki najsilniejsze będąc w wieku dojrzałym, łączą się w pary z najsilniejszymi osobnikami płci przeciwnej i dzięki temu wydają silne i zdrowe potomstwo.

Nie wszystkim może się to podobać, ale musimy się zgodzić, że prawo doboru naturalnego dotyczy nie tylko zwierząt, dotyczy tak samo i ludzi. Nikt tego prawa nie wymyślił, zostało ono jedynie zauważone, a stworzyła je sama Natura.
Istniejące w przyrodzie prawo zachowania gatunku polega na takim zakodowaniu poszczególnych osobników, że łączą się w pary tylko osobniki najbardziej do siebie pasujące, to znaczy mogące wydać najlepsze jakościowo potomstwo. Dotyczy to nie tylko zwierząt, ale również i ludzi. We właściwym dobieraniu się osobników podstawową rolę spełniają ich zmysły. Będzie to głównie wzrok, słuch, węch, dotyk. Wszystkie te doznania zmysłowe po przetworzeniu w ich mózgach, oddziałując jednocześnie na odpowiednie hormony, tworzą wzajemne pozytywne lub negatywne uczucia. Od jakości tych właśnie uczuć zależy pozytywny lub negatywny wynik doboru naturalnego.

Po wnikliwszym przyjrzeniu się temu zagadnieniu, możemy zauważyć, że natura przewidziała również możliwość zaistnienia też warunków wpływających negatywnie na dobór naturalny. To znaczy takich, w których dobór mógłby odbyć się nie zawsze zgodnie z założeniem, w którym by zawiodły u łączących się par posiadane zmysły. Ot chociażby może nie zupełnie prawdziwy, ale wydaje się na pierwszy rzut oka dosyć prawdopodobny przykład.

Jak wiadomo, osobnik płci żeńskiej posiada dwa chromosomy XX, a osobnik płci męskiej dwa chromosomy X i Y. Na płeć dziecka nie ma żadnego wpływu matka. Płeć dziecka zależy wyłącznie od ojca, od tego który jego chromosom połączy się z chromosomem matki. Jeżeli Y, będzie dziecko płci męskiej, natomiast jeżeli połączy się X, będzie dziecko płci żeńskiej.
Można przypuszczać, że ojciec będąc w danym okresie osobnikiem w słabszej kondycji, będzie posiadał chromosomy Y też mniej aktywne. Dlatego wtedy nie dojdzie do połączenia chromosomów XY, a połączą się chromosomy XX i dziecko otrzyma silniejszą płeć żeńską. Być może w ten sposób, w tej ostatniej fazie też następuje eliminowanie możliwości powstawania osobników słabszych płci męskiej, która jak wiadomo w doborze naturalnym będąc bardziej aktywną, ma większy wpływ na przebieg tego doboru.

Nie tylko natura dba o właściwy dobór naturalny, ale również każde państwo jest zainteresowane posiadaniem zdrowego, silnego i mądrego społeczeństwa. Znając ujemny wpływ na potomstwo rodziców pochodzących z bliskiego pokrewieństwa, prawnie zakazuje takich związków. Tak, to zauważyli już nasi przodkowie wiele lat temu. Ale przecież nie tylko bliskie pokrewieństwo ujemnie wpływa na jakość potomstwa, taki sam, a czasem nawet gorszy wpływ mają choroby genetyczne, których ostatnio namnożyło się zbyt wiele dzięki temu, że w dobieraniu się par rodzicielskich tego zagrożenia się nie uwzględnia. Czy naprawdę nasi współcześni prawodawcy tak bardzo są zaślepieni hasłami w rodzaju, że każdy zarodek jest życiem i nie wolno go niszczyć? Czy może dlatego nie wiedzą o możliwościach zapobiegania powstawaniu takich wadliwych zarodków? Czas najwyższy prawnie ten problem uregulować, mając oczywiście na uwadze jakościową przyszłość narodu i ewentualne skutki takiego zaniedbania.

sobota, 29 listopada 2008

Nasza narodowa szopka

Przy wtórze orkiestry niemożności w naszej szopce wciąż grają swoje role stworzone przez nas kukiełki, które wg osobistych potrzeb i na własny użytek sami teraz tworzą sobie coraz nowsze role.
W tle do wtóru tańczą czarownice na scenie, też przez siebie wyczarowanej. Tym działaniom towarzyszy głośne ujadanie różnej maści zwierzątek próbujących przedstawiać swoje subiektywne racje. Natomiast osłupiałe społeczeństwo nic nie mogąc z tego zrozumieć, tylko przygląda się tym turniejowym harcom, od czasu do czasu próbując nieśmiało manifestować swój nic nie znaczący sprzeciw.
Pomieszała się nam demokracja z despotyzmem, prawa obywatelskie z obowiązkami i zwykłe chciejstwo z realnymi możliwościami. Jednym słowem zatraciliśmy poczucie czasu i rzeczywistości. Wszystko nam się pomieszało i poplątało.

Pośród wielu różnych incydentów, wywołana przez media wrzawa wokół incydentu granicznego w Gruzji z udziałem naszego prezydenta jest sztuczna i nieuzasadniona. Przez kilka dni setki mniej lub bardziej kompetentnych osób wypowiada się w tym zakresie, a żadna z nich nie była na miejscu i nie ma wiarygodnych informacji, więc nic nie wie , a udziela w mediach wywiadów i na swój subiektywny sposób komentuje zajście. Kilka osób, które tam były też prawie nic nie wiedzą, bo jak twierdzą, było ciemno i prawie nic nie było widać. Wobec tego można mniemać, że w całym tym incydencie, w jego omawianiu, nie chodziło o fakty, tylko o rozgrywkę polityczną zainteresowanych stron.

A trzeba też z naciskiem powiedzieć, że nie jest rolą naszego prezydenta osobiste sprawdzanie realizacji pokojowych porozumień na granicach Gruzji. Z tego wynika wniosek, że można było w kilku zdaniach cały problem opisać, wyjaśnić i skomentować. Niestety, wywołaną wrzawą nie tylko niczego się nie wyjaśniło, a wręcz przeciwnie, wytworzyło się zamęt w polityce międzynarodowej i w sposób nieprzemyślany, właściwie na nic wydano setki tysięcy złotych ze społecznej kasy. Tak wygląda nasza nieprzemyślana polityka zagraniczna prowadzona przez ludzi ze świecznika przy wtórze też naszych bełkotliwych mediów.

Minęło już kilka dni, a w radiu odbywa się ciąg dalszy dziennikarskich bredni opartych na niedorzecznych rozmowach wokół granicznego incydentu na granicy gruzińskiej z udziałem naszego prezydenta.
Tu mi się przypomniała sprzed kilku tygodni bardzo podobna rozmowa w radiu, gdy odpowiedzialny redaktor w dyskusji na temat ostatniego filmu Wajdy pt. "Katyń" wydaje taką oto opinię: "Ja wprawdzie filmu nie oglądałem, ale na podstawie wypowiedzi moich znajomych, którzy go oglądali uważam, że na Zachodzie on się nie przyjmie". Jeżeli to nie jest urabianie opinii publicznej, to jest wrogą propagandą, jakby powiedzieli aparatczycy z czasów PRL-u.

Miliony ludzi naszego polskiego społeczeństwa codziennie wsłuchuje się w głosy, (jakby z zaświatów) nadawane na falach PR lub ogląda "gadające głowy" z ekranów TVP. W wyniku tego naród jest już do tego stopnia otumaniony, że zupełnie stracił orientację, co jest dla niego dobre, a co złe. Co jest prawdą, a co jest oszustwem lub kpiną ze słuchaczy i widzów. Czysta medialna paranoja!
Wszystko to robią wyżej wspomniane "gadające głowy" za nasze społeczne pieniądze. Zatem nasuwa się tu uzasadnione pytanie: do czego potrzebna jest polskiemu podatnikowi taka, zresztą nierzetelna wiedza? Podatnikowi, który ledwie wiąże koniec z końcem!

Innym zagadnieniem jest bezmyślne szafowanie społecznymi pieniędzmi w celu zdobycia poklasku określonej grupy społecznej, nie zwracając uwagi na to, że takie postępowanie tylko jeszcze bardziej pogłębia społeczny chaos.
Z jednej strony utrudnia się często uzasadnioną aborcję, czego wynikiem są dwa aspekty. Po pierwsze, rodzą się dzieci obarczone wadami genetycznymi, co jest tragedią rodzinną (i nie tylko), na całe życie. Po drugie powstają z konieczności warunki do pokątnego wykonywania aborcji w nieprzystosowanych do tego warunkach przez niefachowców, co też często grozi danym kobietom w przyszłości podobną tragedią w postaci ich bezpłodności.

W tym wypadku bezpłodnym kobietom medycyna oferuje zapłodnienie in vitro. Na to nie zgadza się Kościół. Natomiast nasz rząd obiecuje pokrywanie wysokich kosztów takiego zabiegu z funduszy społecznych. A co na to społeczeństwo? Społeczeństwo twierdzi, że są ważniejsze potrzeby, na które brak pieniędzy, a kobiety, które wcześniej w niefrasobliwy sposób naraziły się na bezpłodność, a teraz koniecznie chcą mieć dzieci, to są w kraju tysiące dzieci czekających na adopcję lub jeśli koniecznie chcą być sztucznie zapłodnione, to niech to robią, ale na własny koszt.
Ciekawe kiedy nareszcie zwycięży zdrowy rozsądek? Kiedy będziemy mieli w kraju jakiś ład i porządek? Kiedy nasi politycy i parlamentarzyści zaczną rozsądnie myśleć o naszym państwie i narodzie?

niedziela, 23 listopada 2008

Rodzina, ale jaka...?

Porównując różne kraje świata można zauważyć, że na ogół kraje biedne mają większe przyrosty naturalne niż kraje bogate. W przyrodzie jest tak, że organizmy, których życie jest zagrożone, wydają więcej potomstwa. Tak już ich życie jest pod tym względem zakodowane.
Obecnie w niektórych państwach są zbyt małe przyrosty naturalne i w związku z tym zachodzi obawa nadmiernego zestarzenia się społeczeństwa. W efekcie narastania tego procesu może zabraknąć środków na utrzymanie zbyt dużego procentu ludzi niepracujących, jak np dzieci, starców i osób niepełnosprawnych. Dodatkowym problemem jest poziom wychowania i wykształcenia młodzieży oraz związane z tym różnego rodzaju patologie wynikające częściowo z niewłaściwego wychowania.

Jeśli chodzi o nasz kraj, to wydaje się, że mamy niewłaściwe struktury rodzinne wynikające przede wszystkim z istniejących warunków socjalnych. One są również przyczyną kłopotów wychowawczych, zrywania więzi rodzinnych i narastania wspomnianych patologii, jak pijaństwo, narkomania i choroby cywilizacyjne. Składa się na to przede wszystkim niedostateczny rozwój budownictwa mieszkaniowego, a w tym również budownictwa socjalnego.
Z powodu braku mieszkań następuje opóźnienie w zakładaniu rodziny. Następnie po jej założeniu zwykle na długo odkłada się podjęcie decyzji dotyczącej poczęcia potomstwa. Małżonkowie chcą się wpierw czegoś dorobić. To jest powodem, że kobiety rodzą w wieku zbyt późnym, a często w ogóle nie rodzą, bo są bezpłodne.
Natomiast kobiety płodne, szczególnie w rodzinach patologicznych rodzą w sposób niekontrolowany zbyt dużo i nie są w stanie swego potomstwa utrzymać, ani odpowiednio wychować. A wynik tego stanu rzeczy jest wiadomy. Przepełnione domy dziecka i domy poprawcze, a w dalszej konsekwencji również przepełnione więzienia.

Za taki stan sytuacji rodzinnej w kraju, należy winą obarczyć państwo. Polityka państwa nie jest prorodzinna. Jest to coraz bardziej widoczne na przestrzeni ostatnich lat. Państwo nasze przez wiele lat nie potrafi uporać się z problemem zapewnienia społeczeństwu warunków do możliwości nabycia mieszkań lub możliwości zamieszkania w budynkach socjalnych. Mamy również dziesiątki tysięcy ludzi bezdomnych, pozbawionych jakichkolwiek środków utrzymania.

To jest efekt dotychczasowej polityki. Politycy mają pełne usta frazesów szczególnie przed każdymi wyborami. Mówią wtedy, że jeśli zostaną wybrani, to będą mieć na względzie jedynie służenie narodowi, dbanie o rozwój kraju i zapewnienie narodowi lepszych warunków życia. Po wyborach zupełnie zapominają o składanych przyrzeczeniach i cała ich działalność bywa przeważnie skierowana na osobiste bogacenie się i tworzenie lepszych warunków życia, ale dla własnej rodziny.

Żeby ten negatywny obraz naszego kraju nieco zmienić, należy zacząć od zmiany stosunku państwa do rodziny. Podstawową wielkością rodziny, powinna być rodzina zawarta przynajmniej w granicach 2+2. Powszechnie wiadomo, że podstawą dobrego rozwoju i pomyślności każdej rodziny jest mieszkanie. Należy więc stworzyć warunki i popierać rozwój taniego budownictwa mieszkaniowego.

Trzeba również stwarzać w społeczeństwie takie warunki życia, aby rodzina mogła stać się rodziną wielopokoleniową, a jednym z warunków umożliwiających zaistnienie rodzin wielopokoleniowych jest możliwość posiadania przez nią odpowiednio dużego mieszkania. Wtedy młode kobiety będą mogły wcześnie rodzić swoje dzieci. Pomocą w ich wychowaniu bardzo pomocne będą babcie. Natomiast młode mamy odciążone przez babcie, będą mogły zająć się pracą zawodową, a wychowanie dzieci na tym wcale nie ucierpi. Dzieci będą pod stałą opieką wychowawczą babci i dziadka. Dodatkowym efektem takich działań będzie na pewno zmniejszanie się liczby pensjonariuszy w domach starców. Czy takie postulaty będące marzeniem większości narodu muszą pozostawać tylko w sferze marzeń?

Czas najwyższy, aby dawniejsze tak zwane „socjalistyczne wychowanie młodzieży”, które zmieniło się na „wychowanie przez ulicę” - zamienić wreszcie na wychowanie rodzinne, w pełnej rodzinie wielopokoleniowej, gdzie wiedza rodziców i doświadczenie dziadków będzie mogło być w pełni wykorzystane. Warunki życia się zmieniają. Staramy się wszystko, co nas otacza zmieniać i doskonalić, dostosowując do nowych warunków. Zapominamy tylko o człowieku. Zapominamy o nas samych. My też musimy się zmieniać i doskonalić, aby móc do nowych warunków się dostosować.

Tymczasem co w kraju mamy?
Mamy różnego rodzaju domy dla dzieci niechcianych, dla dzieci porzuconych. Specjalne domy dla ludzi zagubionych w narkotykach. Izby wytrzeźwień dla osób, które w upojeniu alkoholowym potrafią jeszcze mówić, że „człowiek to brzmi dumnie”.
Mamy domy poprawcze dla młodocianych przestępców i przepełnione wiezienia, w których recydywiści i osobnicy skazani na wieloletnie lub dożywotnie odosobnienie już się nie mieszczą. Skąd się to wszystko bierze, z czego wynika? Na te pytania odpowiedzmy sobie sami, każdy obywatel tak, jak potrafi.

Wreszcie mamy również domy opieki społecznej i domy pogodnej starości. Pogodnej dla kogo? Chyba tylko dla tych dzieci, co pozbyły się niewygodnych, zniedołężniałych rodziców. Jeżeli mamy obecnie w Polsce siedem milionów obywateli żyjących samotnie, to co może nas czekać w niedalekiej przyszłości? Odpowiedź jest prosta. Będziemy mieli również prawie tyle pensjonariuszy domów starców. Jest to przerażające!

Dlatego nie ma innego wyjścia. Trzeba odnowę narodu zacząć właśnie od najmniejszej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Trzeba zacząć od dzieci, bo to przecież od nich przyszłość narodu będzie zależała!

sobota, 22 listopada 2008

Na krawędzi

Dosyć często tak się zdarza z różnych przyczyn, że człowiek nagle znajduje się w tak zwanym dołku, albo inaczej mówiąc, na krawędzi. Wtedy nic go już nie interesuje, nic nie cieszy. Za swoją sytuację skłonny jest obwiniać wszystkich dokoła i cały świat, za wyjątkiem siebie samego. Przysłowie powiada: człowiek czuje się tak, jak na to zasługuje. Czy wszystko, co go otacza, czyli potocznie mówiąc, ten cały świat, ma rzeczywiście na to tak wielki wpływ? A jeżeli tak, to jaki on jest ten świat, że tak wiele od niego zależy?
Na ogół wszystkim wiadomo, że świat jest piękny, tylko ludzie często tego nie dostrzegają, a na tak postawione pytanie czy jest piękny, tyle będzie różnych odpowiedzi, ilu ludzi o to zapytamy i jak im w tym czasie będzie się powodziło, względnie w jakim wtedy będą oni stanie psychicznym. Oto jeden z takich stanów przedstawiony skrótowo.

Co za cholerny świat, dłużej nie wytrzymam, okropny ból, w gardle zaschło, nawet nie mogę poruszyć językiem. W ustach nie tylko odczuwam, ale wprost słyszę szelest suchego języka. To kolka nerkowa, po prostu zwyczajny kamień w nerce. Szpital, zastrzyki znieczulające co kilka godzin (narkotyki), bez nich ból nie do zniesienia. Wszystko jest mierzone, picie i oddawany mocz też jest mierzony.
W moczu krew, dużo krwi, kamień przesuwając się poranił nerkę. Po dwóch tygodniach cierpienia małe przesunięcie i ogromna ulga, kamień wpadł do pęcherza moczowego. Już po wszystkim, - pić wodę mineralną, piwo i przychodzić na kontrolę - tak brzmi zalecenie lekarza. Nic z tego, jak ulżyło to zapomina się o bólu i wszystkich cierpieniach, które się przeszło. Nic się nie robi z tego, co zostało zalecone przez lekarza. Jest to przykład jednego małego, ale prawdziwego wycinka, zresztą z własnego życia, przedstawiający w sposób skondensowany krytyczne chwile, które dało się znieść tylko dzięki nadziei, że one miną. W takich i podobnych sytuacjach, gdy tylko zabraknie nadziei, skutki mogą być bardzo różne.

Więc jak jest z tym światem, jest piękny i dobry czy brzydki i zły ? Otóż jest ani dobry ani zły, a tylko taki jakim go widzimy lub chcemy widzieć. To wszystko jest w nas i dobro i zło. Niebo i piekło. To zależy tylko od nas. Tworzą to powstające sytuacje i my sami, i nie tylko dla siebie, ale również dla naszego otoczenia. Czasem ktoś mówi: to co robisz jest piękne i pożyteczne, ale patrząc na to obiektywnie....
Nie, nie ma obiektywnego patrzenia. Obiektywne jest wszystko to, co istnieje, ale gdy tylko to istniejące zaczynamy opisywać, od razu staje się subiektywne, bo zależy od naszego subiektywnego punktu widzenia, od okoliczności, od warunków. No i właśnie, to samo raz może być brzydkie, a drugi raz bardzo piękne.
Podobnie jest z cierpieniem. Człowiek może znieść nawet duże cierpienie pod warunkiem, że ono minie. Skąd jednak ma wiedzieć, że minie. Od tego oczywiście jest nadzieja, jest coś, co czasem utrzymuje nas przy życiu, każe znosić nawet najgorsze, w imię tego, co potem nas czeka. Więc pozostaje nam tylko NADZIEJA i WIARA w spełnienie tego, co nadzieja nam obiecuje, czego oczekujemy. W przeciwnym razie, człowiek, który utracił nadzieję nie może już od losu oczekiwać niczego, to tak jakby wszystko, co dotychczas miał, przez utratę nadziei zamienił na ten stan beznadziejny. I zrobił mu to nikt inny, tylko on sam dla siebie.

Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielką ma w sobie siłę, jak wielką ma nad sobą władzę, choć nie zawsze potrafi z niej korzystać, czasem nie chce, świadomie lub nieświadomie rezygnując ze wszystkich posiadanych możliwości.
W życiu człowieka zdarzają się czasem chwile trudniejsze, choć w rzeczywistości wcale nie są one trudne, tylko się nam tak wydaje, bo naprawdę co jest trudne, a co łatwe, wie tylko ten, co już wszystko na sobie doświadczył. Ale nawet i wtedy podział na łatwe i trudne nie będzie prawdziwy, bo odczucia zawsze są subiektywne.

Otóż w takich trudniejszych życiowo chwilach, człowiek słabszy psychicznie, chcąc sobie ulżyć, chwyta się często za środki bardzo niebezpieczne, grożące uzależnieniem i prowadzące stopniowo nawet do całkowitej klęski życiowej. Do tych środków należy przede wszystkim alkohol i różnego rodzaju narkotyki. Tylko organizmy silne psychicznie, to znaczy uodpornione na stresy, dobrze przygotowane do życia w różnych nawet trudnych warunkach, są w stanie oprzeć się wszelkiego rodzaju pokusom prowadzącym w efekcie do wspomnianych zgubnych nałogów - trzeba o tym pamiętać.

Innego rodzaju używką, choć z pozoru niewinną, a również prowadzącą do bardzo niebezpiecznego nałogu, jest palenie tytoniu. Zaczyna się zupełnie niewinnie, polega na chęci zaimponowania, dorównania starszym kolegom. Wynika to wprost z głupiego sposobu rozumowania. Ponieważ palę papierosy, więc jestem już dorosły, a w rzeczywistości wynika to zupełnie z czegoś innego. Z nieumiejętności zachowania się w określonych sytuacjach, z nieprzygotowania do życia w społeczeństwie.

Jako podrostek jestem w towarzystwie, zdarza się, że nie wiem co mam powiedzieć, nie wiem czasem, co mam zrobić z rękami, no to szukam wyjścia z sytuacji. Wtedy ratunek widzę w papierosie. Ale w rzeczywistości to nie jest ratunek, to jest bagno, w którym zaczynam coraz bardziej grzęznąć, szczególnie, gdy mam słabą wolę. Popadam w coraz głębsze uzależnienie, a skutki tego nałogu są wiadome. Coraz mniejsza odporność organizmu na różne przeziębienia i choroby. W następstwie poważna możliwość powstania choroby płuc, a nawet stworzenie warunków do uaktywnienia się chorób nowotworowych, szczególnie wtedy, gdy się w sobie ma już do tego predyspozycje genetyczne. Popaść w uzależnienie jest łatwo, ale wyjść z niego jest czasem bardzo trudno. Niektórym nawet nigdy się to nie udaje, a skutek tego wiadomy. Czy naprawdę wiadomy? Chyba nie do końca, skoro tak duży odsetek młodzieży daje się wciągnąć w ten alkoholowy i narkotykowy proceder. Warto się zastanowić, czyja to jest wina?